O pieskowym zostawaniu

Co by nie było – pańcia obibok nie jest i dotychczas też pracowała, tylko w domu. A teraz idzie do pracy poza domem, więc piesek te kilka godzin dziennie będzie musiał żyć bez pańci. W domu zostaje jeszcze M., dlatego też nie będzie to dla małego białego zbytni szok, że nagle wszyscy go regularnie opuszczają, ale mimo wszystko coś tam jednak się zmieni. Po małym białym widać, że mu brakuje, jak ktoś wychodzi z domu (a druga osoba zostaje), bo zawsze włazi w domowe ciuchy tego nieobecnego i tak zabunkrowany albo śpi, albo leży i wzdycha. Nie uwierzyłabym chyba nikomu, kto by mi powiedział, że jego pies wyraża emocje zdegustowania czy też „super-ciężkiego-losu” wzdychaniem, ale mam taki przykład w domu i wiem, że to możliwe.

Czemu o tym pisze? Ano temu, że przy okazji wychodzenia z domu powróciły do mnie wspomnienia, jak to było od początku, gdy małe białe do nas trafiło. Bo najpierw było super – zostawał sam w domu luzem, spał, nic nie niszczył, nie wył, nie piszczał. No anioł, nie pies. Potem pojechaliśmy w odwiedziny do znajomych z Warszawy (swoją drogą – to chyba najgorsza nasza podróż pociągiem, jeśli chodzi o zachowanie małego, ale o tym innym razem) i wszystko się zepsuło. Pies został w domu, owszem. Gdy wróciliśmy z zakupów po kilku godzinach, zastaliśmy stan totalnego chaosu. Małe białe jakimś cudem znalazło i wyciągnęło tubę z rozpuszczalnym wapnem (takim na alergię), rozgryzło i wybieliło nam całą, ciemno-szarą wykładzinę. Dodatkowo, w tę białą warstwę przewróciło suszarkę z mokrymi jeszcze po praniu ubraniami. I jeszcze, co by była pełnia, naszczało mi na poduszkę. No cóż, przyznam, że nas wcięło w wejściu, no ale bywa i tak – nie ma co się złościć, pies wyszedł na spacer, posprzątaliśmy. Kupiłam kennel. I zaczęliśmy wojnę z zostawaniem.
Najpierw zostawialiśmy psa z różnymi zabawkami i gryzakami luzem. Na minutę. Na 5 minut. I tak coraz dłużej i dłużej. W międzyczasie przyzwyczajaliśmy go do klatki kennelowej. Nasze starania trwały bardzo długo, wiele kombinowaliśmy. Z obserwacji (tak, młody zostawał pod obserwacją – albo nagrywany na kamerę, albo miała go na oku przyjaciółka przez skype) wynikało, że… nie ma reguły. Czasami małe biało darło się wniebogłosy od razu, jak zostawało. Czasami tylko podenerwowane biegało z kąta a kąt, a potem się kładło. Czasami koczowało przy drzwiach. Trochę do przodu pchnął nas Kong, ale nadal to nie było to. Ostatecznie małe biało trafiło do klatki już na stałe po tym, gdy przegryzło kabel od lampki. Jako jednak, że głupi ma szczęście – najpierw wyciągnęło wtyczkę z prądu, potem przegryzło. Dodam, że nigdy nie interesował się niczym w domu i niczego (prócz mojego skórzanego buta na obcasie) nie pogryzł.
Gdy zaczął zostawać w kennelu, też nie było idealnie. Raz po prostu spał, innym razem dawał koncert, jeszcze innym zjadł zawartość Konga, popiszczał i spał. Ciągle nie było idealnie. Pytaliśmy się wielu osób, co robić – żadne rady nie skutkowały. W końcu, nieco już podłamani, przestawiliśmy klatkę na czas wyjścia do okna balkonowego, aby pies mógł wyglądać na ulicę i… stał się cud! Małe biało zaczęło zostawać bez żadnego problemu, jedynie na dłuższe wyjścia dostawało Konga do zajęcia się na pierwszą godzinę (mój M. wyspecjalizował się w przygotowywaniu zawartości Konga tak, aby nie została zjedzona w 5 sekund).
Oczywiście, wszystko to nie udało się tylko dlatego, że klatka wylądowała pod oknem. Jednocześnie bowiem ćwiczyliśmy crate games (o tym też będzie), separowaliśmy nieco psa od siebie, żeby nie przyzwyczajał się, że zawsze jest blisko, męczyliśmy go fizycznie i psychicznie, zapewnialiśmy multum bodźców, aby zmęczony odsypiał wówczas, gdy nas nie ma. Zainwestowaliśmy w masę gryzaków (nie wiem, czy jesteście świadomi, ale mały, biały, 5kg piesek jest w stanie zjeść pół nogi świńskiej w pół godziny – i wyglądać jak beczka; na szczęście, takich gryzaków mu nigdy nie zostawiamy, jak jest sam, wiec mogliśmy w porę zareagować), zabawek. Odczulaliśmy psa na fakt ubierania się, wychodzenia. No i zamieniliśmy klatkę na mniejszą, niż ta pierwsza. I to wszystko dało efekt.
Ostatnio jedynie musimy zamykać na karabińczyki drzwiczki od klatki, bo sobie menda biała otwiera. Takiego mamy mądrego pieska!