Pies w mieście – na smyczy czy bez?

Mały Biały jest przez większość roku psem miejskim – kiedyś wielkomiejskim, dziś po prostu miejskim. Wynika z tego niewiele niedogodności, ale również prowokuje to do zachowania środków ostrożności, o których pewnie nie myślałabym, gdybym mieszkała w innym miejscu. Czy jednak pies w mieście powinien być zawsze na smyczy, czy może wręcz odwrotnie – ciągle bez niej?

Pies – stworzenie nieobliczalne?

W społeczeństwie są popularne dwa stanowiska: z jednej strony są to osoby, które uważają, że psu mogą ufać w 100% i są go zupełnie pewne, nie dopuszczając żadnego marginesu błędu. Z drugiej strony plasują się ludzie, dla których pies jest zwierzęciem nieobliczalnym, któremu nie można ufać za grosz, i które tylko czeka, aby zrobić komuś krzywdę. Według mnie oczywiście, prawda leży gdzieś pośrodku.

DSCN9357 - Kopia

Nigdy nie powiedziałabym, że jestem w stu procentach pewna zachowania mojego psa, zwłaszcza w nietypowych okolicznościach. Ba, nie powiedziałabym, że jestem w takiej sytuacji pewna nawet swojego zachowania. Dlaczego?

Tyle o nas wiemy ile nas sprawdzono.

I tak samo sprawa wygląda z naszymi psami. Pies, który w sposób przewidywalny zachowuje się w znanych okolicznościach, może lepiej albo gorzej znosić nowości. Z nowościami jest jednak tak, że zwykle sami je dawkujemy swojemu psu, stojąc obok i patrząc na jego reakcję. On może się bać albo odwrotnie – szybko zaakceptować nową sytuację. Ma jednak zwykle na to czas i do tego warunki. W sytuacji, która dzieje się nagle – np. wyskakujący spod naszych nóg kot, podbiegający, agresywny pies, nadbiegające i głośno piszczące dzieci z kijkami – trudno powiedzieć, jak pies się zachowa. Oczywiście, dla każdego psa sytuacja zaskakująca będzie inna. Pies, który mieszka z dwójką głośnych dzieci, będzie do nich przyzwyczajony. No chyba, że zostanie zaskoczony.

Miasto i jego zasadzki

Moim zdaniem pies, który żyje we współczesnym świecie i ma świadomego właściciela, powinien znać i akceptować listę rzeczy – i nie jest to kwestia mojego odgórnego przekonania o tym, że ktoś „musi”. To raczej kwestia stwierdzenia, że może to sprawić, iż psu będzie łatwiej. Do takich rzeczy należy kaganiec, smycz, umiejętność poruszania się komunikacją publiczną czy zostawania spokojnie w domu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której pies choć raz nie musiałby być w mieście, czy to celowo, czy w drodze na wakacje albo już na nich – przynajmniej, uściślając, mój pies, który jeździ ze mną wszędzie.

Mieszkając w mieście wraz z psem nawet na codziennym spacerze jesteśmy narażeni na różne niebezpieczeństwa i niedogodności. Z większości nie zdajemy sobie zwykle sprawy, dopóki nie będziemy ich świadkami lub nie przekonamy się o nich na własnej skórze. Niektóre wynikają z poczucia obowiązku, jak np. sprzątanie po psie – nikt nie czuje specjalnej przyjemności ze zbierania jeszcze ciepłej kupy, ale odpowiedzialny człowiek to robi, bo wie, że powinien. Jedną z największych jednak niedogodności jest chodzenie przy ulicach czy po różnego rodzaju osiedlach. Owszem, czasem można mieszkać na krańcu miasta, jednak liczba mieszkań tam jest ograniczona, to po pierwsze, a po drugie – nie zawsze mamy czas na długi spacer w dziczy. A w mieście, jak to w mieście – są auta, są ludzie o dziwnych nieraz zachowaniach, są dzieci, których pilnowaniem nikt się nie przejmuje. Są też psy, które wypuszcza się na spacer albo na początku spaceru puszcza luzem, żeby „miały wolność”. I tu zaczyna się problem.

Smycz – przekleństwo czy błogosławieństwo?

Ostatnio w rozmowie z redaktor naczelną Czterech Łap dowiedziałam się, że nowelizacja Ustawy o ochronie zwierząt z 2013 roku wprowadziła zmiany w zapisach przepisów o psach w przestrzeni publicznej. Pojawił się przepis, który w swoim brzmieniu zabrania w przestrzeni publicznej puszczania psów bez kontroli i oznakowania (rozdział 2., art. 10a, pkt 3). Oczywiście, w swoim teoretycznym założeniu jest dobry, jak praktycznie wszystkie nowelizacje wprowadzane do ustawy. Niestety, w praktyce jest on wykorzystywany do uzasadniania puszczania psów luzem wszędzie, a ponieważ pojęcie „kontroli” nie jest sprecyzowane, to podciągnąć można pod nie wszystko. Zastanawiam się, w jakim celu przepis powstał – czy dlatego, że policja i straż miejska były dotychczas dość ostrożne we wlepianiu mandatów, skupiając się na starszych paniach ze starszymi, ledwo chodzącymi pieskami, zamiast na osiedlowych idiotach puszczających większe, agresywne psy? Czy może dlatego, że w naszym społeczeństwie oczekuje się przede wszystkim wygody, a ta wygoda to możliwość prowadzenia psa luzem, aby mieć obie ręce wolne do pisania SMS-ów?

Nie uważam, że pies całe życie powinien chodzić na smyczy. Są fajne miejsca, gdzie bieganie luzem może sprawić psu przyjemność – np. nieużytki tuż przy mieście, łąki, wybiegi dla psów, rzadko uczęszczane wały nad rzeką. Nie wierzę, że takich terenów ktoś nie jest w stanie znaleźć w swoim mieście – bo ja jestem w stanie je znaleźć we wszystkich czterech, w których mieszkałam, od wielkiego Wrocławia po niewielkie Skarżysko. Oczywiście, czasem trzeba przejść 10 minut, aby się tam dostać, a innym razem przejechać kilkanaście przystanków autobusem czy tramwajem. Dla chcącego – nic trudnego. Lenistwo nie sprawia, że nasz pies powinien chodzić luzem w centrum miasta.

Z życia wzięte

Mogłabym w sumie mnożyć przykłady, dla których pies nie powinien chodzić luzem w mieście. Na początek jednak zaznaczę, że jeśli pies jest nieposłuszny, to nie powinien chodzić luzem nigdzie, aż nauczymy go posłuszeństwa. Rzetelna ocena jest podstawą.

Wracając jednak do przykładów. Jeszcze zanim trafił do nas Mały Biały, tymczasowaliśmy kilkanaście psów. Przy każdym psie zdarzały się osoby, które dzwoniły czy pisały z chęcią adopcji, informując, że ich psy weszły pod auto – i bynajmniej nie wynikało to z wadliwości smyczy, która się zerwała, czy z przypadku, który sprawił, że pies uciekł. Jeden pan wprost mnie poinformował, że potrzebuje nowego szczeniaka, bo dzieci płaczą – poprzedniego dnia ich „głupi york” wszedł pod auto na osiedlu i umarł na miejscu. Pan potrzebował psa, który będzie mały i będzie miał „respekt” przez autami. Ja osobiście regularnie widuję starszego psa puszczanego luzem przez kobietę, której po prostu nie chce się z nim daleko wychodzić. Pies więc biega przez ruchliwą ulicę, podbiega do innych psów na smyczy, próbuje je gryźć. A potem wyje pod klatką schodową, bo chce wrócić.

Oczywiście, gdy chodzi o naszego psa, mamy w głowie obraz idealny. Nasz pies jest zawsze najlepszy, najgrzeczniejszy, najmądrzejszy i wszystko mu się należy. Kilka takich psów skończyło marnie po tym, gdy – puszczone na osiedlu – wbiegły w krzaki i zjadły nafaszerowane trutką mięso albo po prostu zjadły wyrzucone resztki, którymi się struły. Pies, który wbiegnie na ulicę, bo przestraszy się czegoś/zobaczy coś po drugiej stronie (ostatnio na jednym forum był opisywany taki właśnie wypadek, pies przeżył, ale miał zabieg) nie tylko spowoduje zagrożenie dla siebie, ale i dla innych ludzi – kierowca może się przestraszyć, skręcić, wjechać w słup albo na chodnik, niekoniecznie pusty.

Pesymista czy optymista?

Część osób mogłaby stwierdzić, że jestem pesymistką, bo przewiduję same czarne wizje. Być może tak jest, i może właśnie dlatego dostaję palpitacji, gdy biegnie przez ulicę puszczony luzem pies. Być może z tego samego powodu żal mi jest koleżanki, która ma lękliwą sukę i musiała walczyć z astką w kagańcu, puszczoną luzem przez właściciela pt. „Wolno mi”. Ale dzięki temu mojemu „pesymizmowi” mogę powiedzieć, że jestem odpowiedzialna – bo mój pies w mieście nie wybiegnie na ulicę, nie wpadnie pod samochód, nie podbiegnie do innego psa, nie przestraszy dziecka, nie pogoni kota. Aktywność luzem ma natomiast na pobliskim terenie otwartym, gdzie ostatnio spotkaliśmy jedną osobę i dzięcioła.

Dla mnie idealnym rozwiązaniem byłby zapis podobny jak w niektórych krajach, według którego luzem mogą biegać psy po zdaniu z właścicielem odpowiedniego egzaminu. Wówczas pojęcie „kontrola” jest w jakikolwiek sposób egzekwowane i sprawdzalne, a i właściciel zdobywa nieco wiedzy, która pomaga w codziennym życiu z psem. Niestety, wiele osób ma psa dla samego jego posiadania – nas tutaj, wokół bloga, skupionych jest kilkanaście tysięcy, a posiadaczy psów w Polsce jest o wiele więcej. Kultura kynologiczna w kraju nie rozwinęła się na tyle – przynajmniej moim zdaniem – aby pozwalać wszystkim na puszczanie psów luzem w każdych okolicznościach, zdając się tylko na nieokreśloną bliżej „kontrolę”. Gdy staje się coś złego psu – psiarze złorzeczą sprawcy, nie zastanawiając się, czy przypadkiem właściciel też nie jest za to odpowiedzialny. Gdy stanie się coś złego otoczeniu z powodu psa, wszyscy złorzeczą na wszystkich właścicieli psów bez zastanowienia.

Smycz jest dla mnie rzeczą bardzo wygodną. Pies powinien umieć chodzić na smyczy, a jeśli nie umie, to puszczenie go luzem nie jest rozwiązaniem problemu – psa trzeba nauczyć chodzenia na smyczy. A dla tych, którzy opanowali z czworonogiem tę umiejętność, jest kilka wygodnych rozwiązań. Jedno z nich będziemy i my testować – jest to pełen zestaw smyczy Flexi Vario. Na blogu będziecie mieli okazję przeczytać recenzję, która będzie różnić się od innych. O zaletach – i teoretycznych wadach – flexi możecie już tutaj przeczytać, bo o tym było. Dla nas smycz automatyczna to świetne rozwiązanie do miasta przy psie, który cokolwiek umie – nam daje kontrolę, psu nieco więcej swobody. A po dojściu w spokojne, odosobnione miejsce możemy po prostu schować smycz do plecaka 🙂