Poruszę temat, który powrócił do mnie dziś w trakcie porannego spaceru. Wydaje mi się dość aktualny, ponieważ bardzo wiele osób ma psa jakby z obowiązku albo tak jakby był wyznacznikiem lepszej jakości życia. Dziś psa ma praktycznie każdy – ale kto ma psa świadomie, z pełnym zrozumieniem wynikających z tego obowiązków? Mam wrażenie, że choć liczba takich osób się zwiększa, to nadal wynosi mniej niż 20% wszystkich psiarzy.
Drące japę potwory
 
Zimowe zdjęcie dla ochłody 🙂
Dziś na poranny spacer wyszłam nieco później, niż zwykle, co miało konkretne efekty. Już z daleka zobaczyłam na łączce biegające i ujadające mieszanki pinczerów i jamników (tak podejrzewam), było ich myślę, że z 4-5. Do tego trójka dorosłych ludzi. Choć Mały Biały wyraził zainteresowanie towarzystwem, to jednak ominęliśmy je z bezpiecznej odległości, ponieważ rozpoznałam jedną z właścicielek. Zazwyczaj chodzi z dwoma krzykaczami, które drą się jak mogą na wszystko, co się rusza, ciągną na smyczy w każdą możliwą stronę i prowadzą swoją panią tam, gdzie zechcą. Zza bezpiecznej bariery żywopłotu dyskretnie obserwowałam, jak rozwinie się sytuacja, bo oto zbliżał się labrador. Jest to naprawdę spokojny, posłuszny pies, powiedziałabym nawet, że psi stoik – nigdy tak naprawdę nie widziałam u niego wybuchu gwałtownych emocji czy biegania. Małe, drące japę potwory obskoczyły biednego biszkopta, którego pan próbował jakoś pomóc swojemu psu i odgonić jazgoty. Jednocześnie trójka właścicieli tamtych psów… stała i wołała „chodź!”, „nie wolno!”, „wracaj!” w różnych kombinacjach. W końcu udało się panu z labradorem jakoś przejść dalej, choć łatwe to nie było – a jazgoty zajęły się kolejną ofiarą, tym razem rowerzystą. Dodam, że mieszkamy przy ruchliwej ulicy z dwukierunkowym torem tramwajowym pośrodku – to tak a propos bezpieczeństwa.
Po co jest pies?
 
To jest chyba kluczowe pytanie – bo dla wielu pies to wyznacznik standardu życia. Jak nie masz psa – najlepiej modnej rasy – to jesteś nikim i nie liczysz się w towarzystwie. To nic, że kompletnie nie znasz się na wychowaniu psu, nie zdajesz sobie sprawy z pewnych mechanizmów psich zachowań i powodujesz, że w Twoim domu rośnie psi szantażysta/jazgot/pies nienawidzący innych zwierząt/agresor. Ważne, że psa masz. A jak masz yorka, to się ewentualnie pośmiejesz, jak będzie skakał na dużego psa i go gryzł w łapy, że „taki mały, a taki odważny”. Natomiast gdy zrobi to amstaff, wytłumaczenie dla Ciebie też się znajdzie „te psy tak mają, groźne są”. Jak Twój pies naszczeka albo nawarczy przez płot na innego psa, to z pewnością będzie stróżował i bronił. Jak skoczy na człowieka, to bez wątpienia dlatego, że ten człowiek go do tego zachęcał. A jak ugryzie, to z prostego powodu: „on rozpoznaje złych ludzi!”.
A gdy przyjdzie do obowiązków i ich egzekwowania – wtedy dopiero się zaczyna! Sprzątać nie, bo to ohydne, a poza tym „taka malutka kupka to jak nic, skoro po większych nie sprzątają” (wersja posiadaczy małych psów) albo „kupa naturalna, to się rozłoży, gorzej te butelki wyrzucajo wieśniaki” (wersja fonetyczna – błąd zamierzony – dla właścicieli większych psów). Leśniczy ma pretensje, że pies biega luzem w lesie (a nie powinien, bo prawo na to nie pozwala)? „Paaaanie, daj pan spokój, to gdzie te psy mają biegać”, ewentualnie „On niegroźny, nic nie pogoni”. Pretensje, bo pies wysikał się na klatce schodowej/skoczył na kogoś i zniszczył ubranie? „To nie jego wina!”. No, tutaj się zgodzę – to nie jego wina, to wina właściciela – idioty.
„Moja racja jest najmojsza”
 
Część właścicieli psów zachowuje się tak samo, jak nieznośni rodzice rozwydrzonych dzieci. Wszystkie prawa należą się im oraz ich czworonogom, za to oni nie mają żadnych obowiązków, łącznie z obowiązkiem wychowania swojego psa. Zauważyłam taką tendencję w przypadku psów małych i teoretycznie niegroźnych, a także psów bardzo dużych, których zachowanie mało kto skomentuje. Dla przykładu: jesteśmy ostatnio z małym białym i jego Zu nad Odrą, psy mają rzucane piłeczki, generalnie się bawią. Nagle podbiega do nich dorosły, duży, zjeżony pies i zaczyna się skradać. Górą wału idzie właścicielka, która, na nasze „proszę zabrać psa” reaguje „pani go odgoni!”. Tak, bo najwyraźniej znudziły nam się zarówno nasze psy, jak i nasze ręce, więc chętnie rzucimy je na pożarcie obcemu, zjeżonemu, wielkiemu psu. Pani zareagowała dopiero po kilku, potem już dość niekulturalnych i bezpośrednich, prośbach o zabranie psa – trudno jej było, bo musiałaby zejść ze ścieżki w trawę jakieś 5 metrów, a to już obraza majestatu.
I tak: właściciele małych psów uważają, że ich psy są niegroźne i takie zabawne, jak zawieszają się dużemu na szyi. I absolutnie nie widzą w tym nic złego. Właściciele dużych uważają, że to ci, którzy mają małe, powinni schodzić im z drogi, bo oni idą ze swoim brytanem. Idealny właściciel psa zaś ginie w tym tłumie idiotów i egoistów.
Jeżeli ktokolwiek poczuł się urażony tą notką – cóż, jak to mówią: uderz w stół, a nożyce się odezwą. Dla pewności: absolutnie nie mam nic przeciwko psom małym, dużym, młodym, starym, wesołym czy mało aktywnym. Ba! Jak dla mnie to one wszystkie mogłyby biegać sobie luzem po ulicach, pod warunkiem, że ich właściciel nie jest idiotą widzącym najdalej czubek własnego nosa. Znam kilkunastu normalnych właścicieli psów – to przyjemność wychodzić na wspólny, naprawdę relaksujący spacer. Życzę więcej takich psiarzy i ich podopiecznych zarówno Wam, jak i sobie.
Close Menu