Modne zasady posiadania psa

Dzisiaj będzie nieco ironicznie i śmiesznie, choć będzie to śmiech przez łzy. Ciekawa jestem, czy poddajecie się takim modom oraz czy je zauważacie w swoim otoczeniu…

 

Modne jest ostatnimi czasy „robienie czegoś” z psem. Nie ma w tym nic złego – wszak każde zajęcie, które realizujemy do spółki z naszym czworonogiem, zbliża nas do siebie i polepsza więź. We wszystkim trzeba jednak znać granice. Ze dwa lata temu nadeszła moda na agility – wszyscy wtedy skakali, bo to modne i warto robić coś z psem. Odnoszę jednak wrażenie, że w tej modzie zapomniano nieco o zdrowiu psów, podczas gdy kazano podwórkowym czworonogom z kiepską kondycją skakać bez rozgrzewki przez przeszkody o wiele za wysokie, zbudowane z nieruchomych prętów oraz cegieł. Cały czas przewija się gdzieś moda na frisbee – wydaje się to prostsze niż agility, bo wystarczy przecież kupić dysk (wiele osób nie kupuje nawet psich, tylko ludzkie, które się dla psów nie nadają) i rzucać. Mniej istotna jest technika rzutu („rzucanie to rzucanie, każdy głupi potrafi” – jak się jakiś czas temu dowiedziałam), zdrowie psa, który niekoniecznie umie do tego dysku skoczyć. Internet wypełnił się setkami osób, które wypłakiwały oczy, bo ich pies nie zapałał nieograniczonym entuzjazmem do tego dziwnego, twardego, okrągłego przedmiotu. No bo jak on może – człowiek poświęca czas, a pies ma to w zadzie…?

 

 

Moda jednak nie jest aż tak szkodliwa, jak pewna poprawność polityczna, która staje się praktycznie regułą – i bywa zasadą do radzenia innym ludziom, osądzania ich i komentowania ich postępowania. Okazuje się bowiem, że posiadanie psa generuje konkretne oczekiwania, które właściciel musi spełniać, aby być godnym posiadania czworonoga. Nie zrozumcie mnie jednak źle: uważam, że nie do każdego domu powinien trafiać pies. Jednocześnie jednak, jestem zdania, że bardzo często oczekiwania względem takich domów są zbyt wybujałe. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć oczekiwania ze strony kogoś, kto zajmuje się bezdomnym psem i przekazuje go do adopcji, czy hodowcy, który oddaje do nowego domu swoje szczenię – o tyle niezrozumiała jest krytyka obcych ludzi względem posiadacza psa, którego często nawet nie znają. Zwłaszcza, gdy pies ma się dobrze, jest zadbany i ma odpowiednie warunki.

 

Pozwolę sobie jednak na dygresję. Również w przypadku hodowców i osób, które wydają psy do adopcji, pojawiają się rozmaite, wręcz śmieszne, oczekiwania i warunki. Przykład? Pies nie nadaje się do domu z dziećmi 0-3 lata, bo dzieci są za małe i mogą zrobić mu krzywdę; do tych 4-10 też się nie nadaje, bo są starsze, ale nie są w stanie ułożyć poprawnie stosunków z psem (zupełnie jakby nie było to rolą rodziców…); do tych 11-18 też nie, bo to „głupi wiek”. Dalej idąc: student nie może adoptować/kupić psa, bo ma niepewną sytuację mieszkaniową i na pewno pije na umór co drugi wieczór; młode narzeczeństwo nie – bo jeszcze mogą się rozejść; młode małżeństwo nie – no bo pojawią się dzieci. Jak pojawią się dzieci – no to historia się powtarza. Emeryci? Ewentualnie tacy, którzy są dość młodzi, bo za starzy z pewnością dzień po adopcji umrą i zostawią psa bez opieki. Ludzie bez samochodu – nie, bo komunikacja miejska, taksówki nie istnieją przecież i z pewnością ktoś bez auta nie będzie w stanie pojechać z psem do weterynarza. Ludzie pracujący nie, bo mają za mało czasu; niepracujący – nie, bo nie mają pieniędzy. Mieszkanie wynajmowane? Nie, bo z pewnością w końcu właściciel odda psa, szukając nowego lokum. Własnościowe już tak, ale pod warunkiem, że odpowiednio duże – w za małym pies ma za mało miejsca. Wysprzątany dom = źle, bo za czysto; nieposprzątane – też źle, bo za brudno. Wychodzi na to, że na psa zasługuje jedynie człowiek mieszkający w domu, w sąsiedztwie weterynarza, z samochodem dobrej marki (i drugim, na zapas jak się pierwszy popsuje), pracujący w domu, przy czym niezbyt wiele, bo dla psa trzeba czasu, ale zarabiający wystarczająco dużo. No i bez dzieci – w końcu to zło! A, i jeszcze trzeba mieć inne pieski – jeden to za mało, ale kilka to za dużo, bo przecież nie da się zadbać o więcej niż trzy psy.

 

Wracając jednak do tematu. Do mojej przyjaciółki zgłosił się Pan, pytający, czy może oddać psa do schroniska. Jako że znajoma jest normalna, a nie nawiedzona, to zamiast odsądzić go od czci i honoru – zapytała, dlaczego ów człowiek chce oddać czworonoga. Od słowa do słowa, zainteresowany łamiącym się głosem powiedział, że wprawdzie ma duży dom, ogród, ale obecnie ma dużo pracy i choć wychodzi z psem na długie spacery, a pies ma dodatkowo podwórko do dyspozycji – to ludzie mu powiedzieli, ze on tego psa krzywdzi i powinien go oddać. No a pan, tkwiący w micie polskiego schroniska jako hotelu, gdzie pieski są karmione kawiorem, tulone i pieszczone przez ludzi, chciał dla psa dobrze. Efekt? Pan zdecydował się na adopcję dodatkowego czworonoga, który zapewniłby towarzystwo psu, którego już ma.

 


Oczywiście, w części głów już sto razy zaświeciła się czerwona lampka. No bo jak to: pracować długo i mieć psa?! Trzymać go na podwórku?! Niestety, takie lampki w głowach mają zazwyczaj ludzie zajmujący się adopcjami. Dlaczego niestety? Bo psów w Polsce jest mnóstwo i jeszcze troszkę. A nie każdy człowiek chce mieć psa. Logicznym jest, że nie każdy pies będzie miał idealny dom, w którym na porcelanowej miseczce dostanie Royalka (a jakże!), będzie spał na podusi w kwiatuszki, w szafie dostanie własny wieszak na obroże i smycze, a do tego będzie miał zapewnione 5 spacerów dziennie, z czego codziennie jeden długi i oczywiście – ktoś będzie z nim COŚ robił. Szkoda, że zapomniano już, że dom, w którym pies jest zadbany, karmiony, wyprowadzany, ma zaspokojone swoje potrzeby – to o wiele lepszy dom niż schronisko. Nawet, gdy pies jest na podwórku i ma budę. Nawet, gdy na bardzo długi, intensywny spacer wyjdzie raz w tygodniu. Nawet, jeśli ma jedną obrożę i smycz. Dla niektórych takie standardy są niewystarczające i psy są krzywdzone, więc lepiej, żeby zgniły w schronisku. Ot, taka nasza polska troska o ogólne dobro.
  • Rydzu

    Uważam absolutnie, że masz rację. Dom w którym psu stwarza się godne warunki do życia jest sto razy lepszy niż schronisko. Nawet jeśli będzie miał do dyspozycji „tylko” ogród, ciepły kąt i kochającego pana to i tak będzie mu tam o niebo lepiej niż w kojcu w schronisku.

  • D.D

    Szukałam parę razy psów. Dla swojej rodziny, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem (dla fundacji było problemem to, że mama nie może zadzwonić między 12 a 14, bo pracuje, a ja miałam „tylko” 20 lat i według nich nie mogłam decydować); dla babci, która miała wtedy 75 lat a nie chciała niedołężnego, starutkiego psa, wreszcie dla siebie – wręcz zwyzywano mnie, gdy okazało się, że mam „wymagania” a nie chcę pierwszego psa z brzegu, jakiego mi zaoferują. Szło to jakoś tak, że „jestem nieodpowiedzialną gówniarą, jeśli myślę, że mogę ot tak zamówić sobie psa, jak z katalogu i mieć wymagania co do wielkości, wieku i aktywności psa” – a gdy powiedziałam, że nie mam stałej pracy, tylko czasową, i nie ma mnie w domu w tygodniu ok. 9h dziennie (8h + dojazdy; wymiar etatu, czyli standard), to było „pozamiatane”, po prostu się rozłączyli…
    We wszystkich tych sytuacjach psy „zdobyłam” z innych źródeł. Obecnie żaden nie ma tylko jednej smyczy (rekordzista ma ich 8…), a z obrożami i psimi zabawkami moglibyśmy sklep otworzyć. Może nie mieszkają w psim hiltonie i nie jedzą Royal Canina (nie mam zbyt dobrego zdania o tej, naładowanej kurczakiem i zbożami karmie…), ale są szczęśliwe, wybiegane, zdrowe i co najważniejsze: kochane 😉 Szkoda tylko, że wiele fundacji zamiast poszukać domu, który „może nie jest idealny według ich kryteriów, ale jest w porządku” woli trzymać psy np. w płatnych hotelikach z boksami…

  • Karina Michnowska

    Święta racja. Ja bezustannie słyszę komentarze w stylu ” nie powinnaś mieć psa na studiach, bo pewnie nie masz czasu”, mało kto jednak pomyśli o tym, że plan na studiach jest bardzo elastyczny i często ma się dość dużo wolnego czasu (przynajmniej na mojej uczelni). Każdy próbuje pouczać mnie w sprawie żywienia, wychowania itp. Doceniam cenne rady, ale nie wszystkie takie są. Myślę, że właściciele też mają jakiś instynkt i wiedzą co dla psa jest dobre. Przynajmniej właściciele, którzy są odpowiedzialni i kochają pupila oraz nie stronią od porad weterynarza czy poradników. 🙂