Młody ma wiele dziwnych nawyków, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że jednak nie jest całkowicie normalny (i dobrze). Jednym z nich jest podejście do wody, zarówno tej pitnej, jak również tej do pływania głównie przeznaczonej. Ale po kolei.

Pierwszy kontakt z wodą do pływania miał w ramach spaceru nad Odrą – przyznać trzeba, że poradził sobie dość dobrze, tzn. chętnie pływał, ale tak daleko, jak daleko sięgał łapami dna, no, choć jedną łapką. Dalej była panika i zawracanie na chama, kończące się zwykle podtopieniem i koniecznością ratowania niezguły. Raz spróbował wypłynąć dalej – za pierwszym podejściem. No i wypłynął, nie mógł złapać zabawki, zakłapał, opijając się wody, spanikował i zaczął panicznie przebierać łapami do brzegu. Potem do wody wchodził chętnie, ale niedaleko – bo daleko jest złooooo. Czyli idealnie było, gdy jedna łapka dotykała dna. Zabawek nadal nie nauczył się wyławiać – kłapał, a zabawka odpływała dalej, ale to głównie przez kulisty kształt. Jak widać, wodne dziwactwa przyjmują różną postać.

 

W morzu było inaczej – tamta woda obrzydzała go, bo nie dawała się pić, a jak się już jej napił to była słona (a próbował za każdym razem, gdy miał ku temu okazję). Dodatkowo siał panikę pod tytułem: TA WODA SIĘ RUSZA pańcia ratuuuuj! Fale były dla niego przerażające, dlatego też omijał je jak tylko mógł, a gdy piłka „przypadkiem” wpadła nam do wody, to czekał na falę, która przyniosłaby ją do brzegu. Jako, że rzadko kiedy teoria pokrywała się z praktyką, to albo z obrzydzeniem zanurzał dwa odnóża i szybko wynosił piłkę z wyrazem obrzydzenia na pysku (bo słone), albo piszczał, żeby mu wyjąć, bo sam jest pipą i nie daje rady. Poniżej widać, ze nauczył się również lewitacji, byle tylko wody nie tknąć.

 

No i woda do picia – to dopiero jest historia! O ile próbuje bez przeszkód pić wodę na dworze z różnych misek oraz różnych, nieco gorszych miejsc, o tyle picie w domu staje się codziennym, istotnym i nietypowym wydarzeniem. Nieważne, gdzie stoi miska, czy jest metalowa, czy plastikowa. Przede wszystkim – najchętniej pije wówczas, gdy akurat dolejemy mu wody. Woda, gwoli ścisłości, jest wymieniana codziennie, czasem nawet kilka razy, bo micha stoi pod blatem w kuchni – w jedynym miejscu, gdzie ani ja, ani M. na pewno w nią nie wleziemy. Wystarczy dolać dosłownie pół łyka, gdy młody stwierdza, że woda staje się zdatna do picia. Ale to nie koniec! Gdy orzeknie, że by się napił, robi podchody. Są one dość zabawne i nie wiem, skąd się wzięły – najpierw daje nam znać, ze postanowił się napić. W tym celu albo biega po pokoju, dobiegając do progu „kuchni” i jęcząc, albo kładzie się na swoim fotelu i się PACZA. Na miskę, rzecz jasna, jakby sprawdzał, czy nagle ta nie odbiegnie galopem/nie rzuci się na niego/nie przypełznie, żeby nie musiał wstawać. Po kilkunastu minutach postanawia podejść do miski, ale nie po prostu podejść i się napić, tylko zajść ją łukiem, wciąż się czając, aby w końcu się napić. Pije nie podchodząc do miski,  tylko jak najbardziej wyciągając głowę i szyję przy łapach gotowych do ucieczki – bo przecież woda w misce to zdradziecka bestia. Po wypiciu spokojnie i delikatnie się wycofuje, po czym galopem wpada na łóżko i wyciera się w naszą narzutę.

I weź tu zrozum psa…
Close Menu