Gabinet weterynaryjny to jedno z niewielu miejsc, gdzie zachowanie młodego jest męczące i trudne do opanowania. Głównie dlatego, że jednak u weta bywamy (całe szczęście i tfu tfu tfu) dość rzadko, dzięki czemu nie mamy możliwości regularnego ćwiczenia w tym środowisku. Zwykle cyrk wygląda tak: pies orientuje się, że idziemy do weterynarza, a że weterynarza kocha miłością od pierwszego wejrzenia (i za smaczki), to się ogromnie cieszy.
Niestety, zapomina wciąż i wciąż, że wizyta u weterynarza naszego to przede wszystkim siedzenie w kolejce przed gabinetem. A poczekalnia malutka i dość ciasna, zawsze wypełniona po brzegi. Z racji na to, że w poczekalni znajduje się wszystko, co młody kocha (psy, koty i ludzie) plus czynniki rozpraszające (to co wcześniej i dodatkowo jeszcze różne zapachy, panikujące zwierzęta itd), to mam krótko mówiąc przechlapane. Dobrze jest, gdy po parunastu minutach siłowania się i wciskania smaczków oraz robienia korekt pies kapituluje i się po prostu kładzie. Niestety, taka sytuacja nie ma miejsca, gdy:
a. ktoś puści swojego psa, co by sobie pobiegał po poczekalni;
b. ktoś wyjmie swojego kota, co by sobie rozprostował kości;
c. ktoś ciumcia i srumcia do młodego, utwierdzając go w przekonaniu, że telepawka + ultradźwięki to doskonała forma przyciągania ludzkiej uwagi.

 

Ale dziś nie młody sprawił, że zwątpiłam, a ludzie w poczekalni. Gdy przyszłam, była oczywiście pełna. Zestaw był następujący: pan z goldenem (para, która milczała i starała się w ogóle nie reagować na otoczenie); pani ze średnim kundelkiem, przez którego nie mogłam wejść i usiąść na krześle, bo „on nie lubi piesków”, a trzymanie go krótko na smyczy było widać zbyt dużym wyzwaniem; pani ze starutkim, żyjącym tylko dzięki kroplówkom pieskiem, o którym więcej za chwilę; kilka pań z kotami, z których wyróżniały się dwie: jedna dzięki szacunkowi, który budziła, bo od dwóch lat codziennie przyjeżdża na „odsikanie” swojego kota po wypadku, i druga, która wciąż narzekała, że ona już tyle czeka i że tylko na zastrzyk, i że się bardzo spieszy.

 

W gabinecie była pani, o której w poczekalni mówili wszyscy, że wlazła i siedzi godzinę – nic dziwnego, skoro gdy wyszła, miała ze sobą cztery koty i dużego psa. W kolejce przy drzwiach od razu ustawiła się pani z kotem narzekająca na brak czasu (i ubrana w paskudne futro i futrzaną czapkę), cmokaniem pokazywała, jaka jest niezadowolona z tego, że musi czekać, podczas gdy Kubuś jest „odsikiwany”. Weszła do gabinetu, że niby na chwilkę i na zastrzyk, i się spiesząc, a wyszła po pół godzinie – widać „spieszy mi się” to termin zmienny.
Po jakimś czasie do naszej gromady dołączyła między innymi pani, która miała ze sobą mix bichona albo czegoś w tym stylu, warczący na każdego człowieka i każdego psa (pies kilka razy rzucił się i do młodego, i do innych psów, i do ludzi w poczekalni, miał ubranko, ale nie miał kagańca ani odpowiedzialnego właściciela, bo pani po ataku robiła „no co ty niuńciu, no no no, nie wolno! hihihi, on jest taki malutki”), a zaraz potem pani z yorkiem bojącym się własnego cienia.

 

W zasadzie na 10 osób, które spotkałam, może trzy zachowywały się tak, jak powinno się zachowywać w poczekalni u weterynarza – nie dopuszczać zwierząt do siebie (w końcu to poczekalnia u weterynarza), nie uprzykrzać innym życia. Czy to tak wiele?

 

Na szczęście młody zaliczył wizytę, badanie, szczepienie, trochę pieszczot od pana doktora i trochę smakołyków, a to wszystko wraz z wpisem do dokumentów i rozliczeniem oraz grzecznościową rozmową trwało całe 9 minut. Czekałam? Około dwóch godzin na pewno. Powinni robić zapisy na godziny…
Close Menu