Nie ukrywam, że z małym białym pracujemy praktycznie każdego dnia – nawet czasami już automatycznie, nie myśląc o tym. I bardzo, bardzo się cieszymy, gdy widzimy efekty tej pracy. Zwłaszcza przy rzeczach, nad którymi staramy się pracować już bardzo długo. I tak było w przypadku entuzjazmu małego białego do innych psów. 
Entuzjazm sam w sobie absolutnie nam nie przeszkadza. Całe nasze szczęście w tym, że małe białe, gdy trafiło do nas w wieku 6 miesięcy, było porządnie socjalne z psami. Młody ma świetnie wręcz opanowane CSy, w sytuacji konfliktu ustępuje, sam nie prowokuje bójek, nie próbuje sił. Nawet teraz, kiedy ma dwa lata, a miliard osób przepowiadał, że „jak dorośnie, to będzie agresorem do psów, bo każdy jack tak ma”. Niestety, w parze z dobrym socjalem szło ogromne uwielbienie w stosunku do psów. Młody psy kochał, szalał za nimi, ciągnął do nich i biegł, nie patrząc na nikogo i na nic. Wynikało to oczywiście z faktu, że się z nimi przez te 6 miesięcy wychował. Początki były więc ciężkie.
Docelowo chodziło nam o dwie rzeczy: o to, aby idąc na smyczy i widząc psa nie szalał, oraz o to, aby puszczony luźno nie biegł do pierwszego zobaczonego psa. Nie tylko dlatego, że to nie wypada i jest strasznie chamskie, jak obcy pies podbiega do naszego. Również dlatego, że nie każdy pies życzy sobie kontaktu, a nie każdy właściciel ma ochotę, aby jego pies miał ochotę z konkretnym psem/nieznanym psem akurat w tym momencie. Bo może się spieszyć, bo pies może być po zabiegu, bo mogą pracować nad jakimiś zachowaniami. Podobnie z psami luzem – to, ze drugi pies jest luzem nie oznacza, że właściciel „daje znak”, że czeka na kontakt jego psa z innym. 
No, ale wracając do rzeczy. Panowanie nad psem na smyczy jest łatwiejsze moim zdaniem – przynajmniej dla nas było. Głównie dlatego, że mamy możliwość szybszej reakcji, że psa można zainteresować czymś, nakierować na siebie, czy nawet skierować jego kroki w odpowiednim kierunku. To szło i idzie nam nadal dość dobrze, 90% sytuacji mamy opanowanych i pies prócz zamerdania parę razy ogonem nie reaguje na obce psy zbyt żywiołowo. Ze znajomymi wita się w nagrodę za skupienie na mnie. Taki układ zdaje się być póki co satysfakcjonujący dla obu stron 🙂
Tymczasem jednak miałam się pochwalić, czemu praca popłaca. Otóż, dziś z małym białym poszliśmy na łączkę, porzucać piłkę i się dotlenić. Na łączce jednak ktoś już był – pan stojący tyłem do świata, zapatrzony w rzekę, widać w nostalgicznym nastroju. Zupełnie oczywiście nie zwracał uwagi, co robi jego puszczony luzem podrostek, sunia w wieku ok. 8-9 miesięcy. Suczkę znam, jest troszkę wycofana, taka na zasadzie „chciałabym, ale się boję”. Jak się okazało, bała się również nas, a ostatecznie przeraził ją również entuzjazm małego białego 😉 Do czego jednak zmierzam. Małe białe dostało pozwolenie na przywitanie się, więc pobiegło. I… powąchało się, pomerdało, a następnie wróciło się zameldować i oczekiwać na piłeczkę. I mimo rozmaitych zachęt ze strony suczki, było zainteresowane jedynie zabawą z nami. Jest to OGROMNY postęp w stosunku do tego, co było kiedyś. Kiedyś po prostu by pobiegł do innego psa, a nas miał… no, pod ogonem. Tak więc wszystkie ćwiczenia, próby, powtórzenia, moje zdarte gardło i robienie z siebie pajaca w każdym możliwym miejscu, gdzie akurat byliśmy, przyniosło skutek. I takie dni cieszą najbardziej 🙂
Close Menu