To pytanie jest aktualne od lat. Najczęściej zadają je ludzie, którzy już z góry sugerują, że rodowód psa jest im niepotrzebny, bo „nie będą jeździć na wystawy”/”chcą pieska do kochania”/”nieważny jest papierek, tylko pies”. Ale zacznijmy od początku.

Przede wszystkim – rodowód jest tylko pośrednio potrzebny mi, w sensie – człowiekowi. Jest przede wszystkim potrzebny samemu psu. Ludzie potrafią miesiącami wybierać samochód, przebierać w ofertach, czytać specyfikację, a gdy przychodzi do kupowania psa, to wybierają rasę „bo ładna” albo „bo Gośka spod ósemki też ma” i chcą wydać na psa jak najmniej pieniędzy. Gdzie tutaj logika, ja się pytam? Jeśli komuś nie zależy na konkretnej rasie, to z powodzeniem może wziąć sobie psa ze schroniska – naprawdę, jest ich tam do wyboru, do koloru. Jeżeli natomiast ktoś chce mieć np. jack russell terriera, to niech to będzie jack russell terrier, a nie wyrób terieropodobny. Ktoś powie: no tak, ale jak pies wygląda na rasę, to jest rasowy. No nie, jest w typie rasy, przypomina daną rasę. Spróbuję wyjaśnić to łopatologicznie: jeśli mam koleżankę i ona jest powiedzmy blondynką, ma niebieskie oczy i jasną cerę, to znaczy, że jest Polką? Nie, to znaczy jedynie, że wygląda poniekąd, stereotypowo, jak Polka. Dopiero to, że w papierach ma wpisane pochodzenie z Polski oznacza, że ową Polką faktycznie jest – równie dobrze inaczej mogłaby być Niemką czy Rosjanką. Oczywiście, u psów jest to dodatkowo skomplikowane, bo każda rasa ma swój wzorzec – i na tej kanwie nieraz powstają właśnie baśnie, jakoby pies podobny do danej rasy był rasowy. I znów: jeśli pies ma zapisane w papierach, że jest jack russell terrierem, to nim faktycznie jest. A w zasadzie był – do 1 stycznia 2012 roku.
Dlaczego? Ano dlatego, że to wówczas powstały nowe „organizacje kynologiczne”, czyli po prostu twory, które ukrywają pseudohodowców. Dlatego należy pamiętać, że prawdziwy rodowód nie jest tworzony od ręki. Na rodowód składa się kilka pokoleń wstecz naszego psa, a na dobrą sprawę, gdyby prześledzić rodowód na przykład małego białego, a także rodowody jego przodków, to można by dojść w końcu do protoplastów rasy. Dlatego właśnie ten „papierek” jest taki istotny – dzięki niemu mamy pewność, że nasz pies z dziada pradziada przynależy do określonej rasy, która rzecz jasna mogła się zmieniać wraz z latami, ale jednak w ogólnym założeniu miała i ma konkretne cechy. Obecnie jedynym uznawanym w FCI, czyli Międzynarodowej Federacji Kynologicznej, jest rodowód psa ze Związku Kynologicznego w Polsce. Każdy inny jest potencjalnie podejrzany. Pominę „rodowody” nowych organizacji, które widziałam ostatnio, i gdzie wpisani są jedynie rodzice psa, a dalsze pokolenia „ojciec nieznany” i „matka nieznana”.
Tak więc rodowód jest potrzebny psu do tego, aby mógł być przedstawicielem danej rasy. Stwierdzenie „widziałem rodziców” tylko pogrąża ewentualnego rozmówcę, bo zazwyczaj cechy osobnicze dziedziczą się co drugie pokolenie, czyli przechodzą z dziadków na wnuki. Ja również niejednokrotnie widziałam na wsiach „rodziców” miotów – np. dwóch psów dość mocno w typie owczarków niemieckich, z których potem wychodziły rozmaite inne psy, np. o połowę mniejsze.
Poza tym, pies rasowy to nie jest tylko wygląd. To również, a dla mnie nawet przede wszystkim, charakter. Rzecz jasna w dużej mierze zależy on od wychowania, socjalizacji, co nie zmienia faktu, że przykładowo jack russell terrier będzie miał wrodzony instynkt pogoni i dozę niezależności, podczas gdy np. owczarek będzie bardziej nastawiony na pracę z człowiekiem. Jeśli wybieramy psa i kierujemy się tylko wyglądem, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że skrzywdzimy i siebie, i tego biednego czworonoga – np. biorąc psa bardzo pobudliwego i wymagającego ruchu oraz zajęcia, podczas gdy my jesteśmy raczej spokojnymi domatorami.

I ostatnia kwestia – wielu osobom się wydaje, że ten pies za 500 zł i ten za 1500 zł są dokładnie takie same, zwłaszcza teraz, gdy pseudo-związki kynologiczne wyrabiają „rodowody”, a wyższa cena tego drugiego wynika z faktu, że hodowca „chce sobie dorobić” albo „jest chytry” tudzież, jak usłyszałam ostatnio, „wyłazi z niego polaczkowatość” (ciekawe, z kogo – z hodowcy, czy z nabywcy, który chce oszczędzić za wszelką cenę?). No nie, nie są to dokładnie takie same psy, bo zazwyczaj ich pochodzenie, wygląd, charakter różnią się dla wprawnego oka, a nieraz i dla laika. Poza tym – jeżeli ktoś rozmnaża psy w pseudohodowli, gdzie nie ponosi zazwyczaj kosztów związanych z prawdziwą hodowlą, niekoniecznie dba o psy tak, jak powinien, a sprzedaje je za 500 zł, to powinniśmy zastanowić się, na czym jeszcze oszczędza, żeby zarobić „na czysto” przy takiej stawce. Szczepieniach? Odpowiednim żywieniu matki? Jej zdrowiu fizycznym, gdy kryje ją co cieczkę? Odrobaczaniach? Zazwyczaj, gdy wydaje nam się, że oszczędziliśmy 1000 zł, kupując psa z pseudo-rodowodem, to ten 1000 zł wykładamy w podskokach na leczenie naszego pupila – bo takie zaniedbania z okresu szczenięctwa potrafią mścić się przez wiele lat.

Co jednak istotniejsze – pies z „papierkiem” to nie tylko pies na wystawy, ale również tzw. pet, czyli pies niewystawowy. Niewystawowy nie dlatego, że „się nie sprzedał” czy jest chory, ale np. dlatego, że istnieją inne, lepsze do kontynuowania hodowli psy. Czy dlatego, że ma nierówny zgryz, załomek na ogonie, niewybarwione oko – cokolwiek. I na takiego psa nie zawsze trzeba wydawać kupę kasy, naprawdę – mówię o psie z rodowodem z FCI. Da się kupić psa za taką samą cenę, jak tego z pustym rodowodem, przy zachowaniu gwarancji, że jest on przedstawicielem danej rasy. I tutaj zazwyczaj odzywają się ludzie, którzy mówią „ale dlaczego ja mam mieć niepełnowartościowego psa?” Więc się pytam, jak kogo mądrego: skoro ktoś nie chce papierka, bo nie planuje jeździć na wystawy, to w czym pies niewystawowy jest niepełnowartościowy, skoro ten z pseudo jest niewystawowy z założenia, zanim jeszcze się urodzi?
Close Menu