Jako młoda, dopiero wchodząca w świat psich zależności kobieta chciałam pracować jednocześnie z psami i ludźmi. Ale nie na polu zawodu zoopsychologa – raczej po to, aby edukować o psich potrzebach. Zawsze odczuwałam żal na wieść o kolejnych pogryzieniach. Żal mi było psa, który w tej sytuacji cierpiał za to, że był zwierzęciem. Żal mi było też dziecka (bo to ono zwykle było ofiarą), które cierpiało za to, że było… dzieckiem! I nadchodziło pytanie – co z opiekunami?

Od niechęci do kynoedukacji

I tak, opiekunów na początku nie było mi żal. Wręcz przeciwnie, miałam żal do nich o to, że nie zadbali o potrzeby obu stron. Oczekiwałam, że spotka ich adekwatna kara. Jakież to było niedojrzałe myślenie!

W wielu dyskusjach pod postami, które budziły grozę, jeśli chodzi o poziom wiedzy o psach i ich relacjach z dziećmi, pojawiał się powtarzający się motyw: brak edukacji. I w sumie trochę tak jest, że tej wiedzy o psach, ich behawiorze, potrzebach, relacjach z człowiekiem taki szary obywatel nie ma za wiele. Bo nie ma skąd jej wziąć. Jasne, opiekunowie psów dziś szukają informacji na własną rękę. Ale jeszcze te piętnaście lat temu, ba! nawet dziesięć! tego nie robili. Nie było aż tylu źródeł wiedzy, to fakt. Nie było jednak też szumu informacyjnego. Były za to przekazywane z pokolenia na pokolenie „mądrości”, jak te, że pies nie ruszy dziecka, bo wie, że to dziecko.

DSC04760 — kopia

W ten sposób zainteresowałam się dogoterapią. Ale i tam mi coś nie grało! Pies, który na zajęcia chodzi w kantarze. Pies, który musi znosić kładzenie się na nim, ściskanie. I w tym wszystkim opiekun, który nie reaguje na psie sygnały. A jeszcze gorzej – pies, który już się tych sygnałów oduczył. I nie zrozumcie mnie źle – wierzę, że to nie była, a tym bardziej nie jest, reguła. A jednak takich przypadków było na pęczki.

I wtedy przyszła kynoedukacja. Choć nie wiedziałam, że to ona 😉 

Kynoedukacja, ale jeszcze bez nazwy

Kilka lat temu, gdy jeszcze mieszkałam we Wrocławiu, zaangażowałam się w działania Fundacji „IRMA”. Byłam odpowiedzialna m.in. za projekty edukacyjne. Współpracowałyśmy wtedy w małym gronie. Ja miałam psa, który chętnie uczestniczył w różnych zajęciach i nie miał problemów z kontaktem z dziećmi – czyli Jaxa. Ewelina, moja przyjaciółka prowadząca obecnie projekt Canimagus, miała przygotowanie pedagogiczne jako nauczycielka. Tworzyłyśmy wspólnie cele zajęć, potem ich plany, robiłyśmy próby, żeby pojedyncze lekcje nie były za krótkie, za długie, za nudne, zbyt obciążające dla psów i dzieci.

Pamiętam, jak bardzo stresowałam się przed pierwszym pokazem, choć praca z dziećmi i występowanie przed publicznością nie były dla mnie niczym nowym. A co, jeśli przeoczę zmęczenie u Jaxa? Co, jeśli dziecko zada mi pytanie, na które nie znajdę odpowiedzi? Dziś wiem, że to wszystko kwestia przygotowania i doświadczenia. Wtedy jednak spędzało mi to sen z powiek.

Chcesz posłuchać, jak mówię o relacjach psów i dzieci oraz najczęstszych związanych z nimi mitach? 

Wesprzyj akcję „Pies to przywilej”, organizowaną przez Fundację Rasowy Kundel, i odbierz dostęp do serii webinarów. Jeden z nich prowadzę ja, właśnie w tematyce psów i dzieci!

To już 19 maja 2021 roku o godzinie 20:15. Nie zwlekaj! Kliknij w baner, dowiedz się wiecej!

Pokaz cieszył się zainteresowaniem i zakończył sukcesem. Jax miał kontakt z dziećmi – najpierw dostał kilka smaczków, potem pokazowo z wybraną trójką przećwiczył bezpieczne zachowania. Pracował przede wszystkim ze mną. Całość trwała ok. 20 minut. On był zadowolony i skory do dalszej pracy, choć dostał już tylko odpoczynek przy zasłużonej nagrodzie. Ja czułam się zadowolona, bo dzieci chłonęły wiedzę jak gąbki! To wspaniałe uczucie, bo okazało się, że dzieci, gdy uruchomią wrażliwość, często instynktownie dążą do prawidłowych kontaktów z psami, czyli – braku kontaktu. Że nie razi ich odpowiedź, że nie mogą pogłaskać pieska, i wcale nie wpadają wówczas w histerię. Często w odróżnieniu do oburzenia, które przejawiali ich rodzice.

Kynoedukacja to wiedza, której brakuje dorosłym

Okazało się bowiem, że to często opiekunowie tych dzieci kształtowali w nich nieprawidłowy obraz relacji z psem. Szło to zwykle w dwóch kierunkach: „uważaj, pies zaraz Cię pogryzie!” albo „zobacz jaki piesek, idź się przywitaj!”. Mówię tutaj oczywiście o psach obcych. W licznych postach, komentarzach i relacjach widziałam kolejne problemy – dzieci, które wchodziły na psy, zabierały im jedzenie i zabawki, nieświadomie przyjmowały postawę zagrażającą, odbierały przestrzeń, stawiały w sytuacji bez wyjścia. I opiekunowie, którzy w najlepszym przypadku nie widzieli w tym nic złego.

Trochę tak jest, że psy nadal traktuje się w powszechnym myśleniu jako coś pomiędzy maskotką a bardziej upierdliwym kotem. Często opiekunowie myślą, że skoro muszą wyjść z psem (czytaj: mają obowiązki), to pies musi im się odwdzięczyć, na przykład dając się trochę „pobawić” dziecku. Gdy stanie się coś złego, to pies obarczany jest winą – nikt nie patrzy na to, co było przyczyną zachowania. A gdy patrzy i zwraca uwagę, to słyszy, że się ludziom w dupach poprzewracało, jak pies ma jakieś prawa.

A tymczasem prawa ma i ten pies, i to dziecko, i w końcu też opiekun. Ale obowiązki ma już przede wszystkim ten ostatni. To on w tej relacji jest jedynym dorosłym, teoretycznie odpowiedzialnym bytem, który powinien przewidzieć skutki zachowania obu stron. Pamiętajmy, że u dzieci takie myślenie długo nie jest rozwinięte na takim poziomie jak choćby u 25-latka, czyli osoby, która powiedzmy może mieć już małe, nawet kilkuletnie dziecko. A jednak nadal jest mi daleko do osób, które potem artykułami o pogryzieniach chwytają za widły i pochodnie, żeby spalić na stosie rodzica, dziadka czy wujka.

Bo okazuje się, że często ci ludzie, postawieni w obliczu możliwości zdobycia wiedzy bez obwiniania, chłoną tę wiedzę. Chcą jej, przyswajają ją i przekuwają na praktykę. Ale najpierw muszą ją zdobyć. I tutaj właśnie dużą rolę gra kynoedukacja.

Kynoedukacja - co to właściwie jest?

Kynoedukacja w moim odczuciu to przede wszystkim bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo psa, który nie zostanie narażony na stresory, których człowiek z powodzeniem mógłby mu oszczędzić. Który nie musi cierpieć za to, że zachował się jak pies. To też bezpieczeństwo dziecka. Takiego, które nie musi bać się swojego psa w domu. Takiego, które nie będzie bało się psów, ale też nie podbiegnie do obcego psa, narażając się na pogryzienie. To też bezpieczeństwo opiekuna – taki rodzaj bezpieczeństwa, który w głębi serca daje poczucie stabilności i przekonania o tym, że robimy dobrze.

Właśnie dlatego, po zdobyciu i doskonaleniu wielu umiejętności, pokochałam kynoedukację w takim wydaniu. I współpracę z ludźmi, którzy widzą ją tak samo. Wiem, że jest nas więcej, co jeszcze bardziej mnie cieszy – edukacji nigdy zbyt wiele!

Jaka to kynoedukacja? Zajęcia z dziećmi, na których pies nie jest zabawką. Ba, nawet takie, w których pies – jeśli absolutnie nie musi – to nawet nie uczestniczy! Czasem zajęcia bez głaskania, ale z psem w postaci motywacji, elementu pomagającego w skupieniu, rozluźnieniu. Obecność psa w otoczeniu dziecka jest nieoceniona, o ile prawidłowa. Ale jeszcze większy nacisk chciałabym położyć na edukację dorosłych. To od nas – rodziców, dziadków, wujków, cioć, koleżanek mamy i taty – zależy, czy dziecko i pies ułożą sobie swoją relację. Zwłaszcza teraz, gdy pandemia daje się wszystkim we znaki, a psów w domach przybywa. Tylko wiedzy niekoniecznie.

Czy znana jest Wam kynoedukacja? Jak do niej podchodzicie? Dajcie znać w komentarzach!