Jak co poniektórzy na pewno wiedzą, czynnie działam w psich adopcjach. Choć obecnie mam coś na kształt detoksu, ale to inna sprawa. Nieraz chciałam to rzucić w cholerę, bo po co zajmować się sprawami, w których coraz mniej chodzi o psy, a coraz więcej o to, żeby pokazać, czyje jest na wierzchu? Nie mam za dobrej opinii o światku adopcyjnym, choć wiem, że zdarzają się tam osoby naprawdę zaangażowane – tylko o tych osobach nie słychać. To ludzie działający cicho, bez rozgłosu, bez krzyku, bez wskazywania palcami, kto zrobił coś gorzej (bo inaczej) i dlaczego JA jestem najlepszy. Dostaję szału, gdy czytam albo słucham ludzi, którym wydaje się, że tak dzielnie działają na rzecz psów, a tymczasem ich głównym zajęciem jest jątrzenie, plotkowanie, obgadywanie, szukanie wszędzie zarzutów i wybielanie siebie, a innych obrzucanie gównem. Nie podoba mi się światek, w którym pies ma dobrze wówczas, gdy leży na kanapie, dostaje żarcia tyle, że mógłby pęknąć (i ma 100% nadwagi) i wszystko mu wolno. Nie podoba mi się sytuacja, w której nie wydaje się zwierząt osobom, które wspomną słowa: konsekwencja, stanowczość, brak wstępu na łóżko, buda, klatka, kaganiec, szkolenie itd. Ale o tym mogłabym długo.

Teraz pewnie zastanawiasz się, drogi Czytelniku, po co więc pomagać i skąd ten tytuł? Otóż, zawsze, gdy jest mi ciężko i mam ochotę to wszystko zostawić, myślę o psach, które wydałam do świetnych domów. Wspomnieć mogłabym tutaj wiele psów, na przykład Rozi, która trafiła do mnie totalnie wycofana – tak bardzo, że bała się postawić krok w mieszkaniu, gdy patrzyliśmy w jej kierunku albo byliśmy w pomieszczeniu. Prawie się rozpłakałam, jak po paru dniach wróciłam do domu, a ona zamerdała na mój widok ogonem. Pierwsze jej zejście po schodach z drugiego piętra trwało około pół godziny, z czego i tak z połowy musiałam ją znieść. Na pierwsze siknięcie na dworze czekałam chyba z kwadrans, kucając w śniegu, aby się nie bała, obserwując ją odwrócona bokiem, kątem oka – podczas gdy ona odważyła się zrobić kilka kroków i załatwić potrzeby. Trafiła do wspaniałego domu i do dziś uważam, że to był ten wyczekany, wymarzony dom – właścicielce dziękuję za wszystko, co zrobiła dla tej suczki, która dziś jest praktycznie prawie taka sama, jak wszystkie inne psy z wesołą przeszłością.

 


Jednak i tak najbardziej wspominam jedną suczkę, z której właścicielką umowa związała mnie nie tylko prawnie, ale i prywatnie. Razem wypatrzyłyśmy Zu w schronisku, gdzie była czarną kulką – dopiero po kilku miesiącach wyszła z budy, bo tak bała się innych psów. Ale gdy już wyszła, to był szał ciał! Skakała na wysokość zamknięcia w boksie, a wyciągnięta z niego obskoczyła nas i wpakowała się swojej przyszłej właścicielce na kolana. Wróciłyśmy po nią i dwa inne psy po jakimś czasie. Gdy czarne było wykąpane, okazało się, że ma… wszy! Razem ramię w ramię sprzątałyśmy mieszkanie, używając dużych ilości środka odwszawiającego. Potem sucz trafiła na tymczas, a następnie – po kilku tygodniach – udało mi się przekonać ostatecznie przyjaciółkę, żeby wzięła Zu na stałe. I teraz, gdy porównuje obraz tej suni wtedy i dziś, gdy wiem, jaki ogrom pracy został włożony w jej zachowanie, jaki ogrom pieniędzy w jej leczenie (bo i w domu stałym wyszło na jaw, że suczka ma powikłania po kaszlu kennelowym), to wiem, że naprawdę warto pomagać 🙂
Close Menu