Nie zawsze jest tak, że psu możemy poświęcić full naszej uwagi, godziny spacerów i zajęć. Wynika to z różnych kwestii – naszej zajętości, pracy, choroby, obowiązków domowych, czasowego lenistwa czy choćby pogody. Właśnie ten ostatni aspekt sprawił, że nasz mały, biały piesek miał ostatnimi czasy dość mało aktywne spacery – nic dziwnego, skoro sam nie chciał na nich zostać dłużej, niż to konieczne do załatwienia wszystkich potrzeb. Pogoda była totalnie niesprzyjająca – wiało, padał deszcz, miasto zamieniło się w pływającą kupę błota i gówien (jak spotkam kogokolwiek, kto nie sprzątnie po swoim psie, to chyba go tym wysmaruję). W ten oto sposób prócz spacerów fizjologicznych + wyjść do miasta, co by piesek nie zapomniał, gdzie mieszka, nie było okazji biegania i skakania, a raczej nie było chęci z psiej strony. Szkoda tylko, że pomimo braku chęci  biegania w taką pogodę pies stwierdził, że ma za dużo energii i musi ją jakoś z siebie wydobyć, niekoniecznie w odpowiedni sposób.

Zaczęło się niewinnie – burczenie na coś za oknem. Potem burczenie spod koca, bo wydawało mu się, że coś usłyszał. Potem burczenie i zwiększona czujność, bo ktoś szedł za drzwiami. Następnie piesek leżał z otwartymi oczami i wzdychał. No bo ciężkie ma życie, w końcu ze dwa-trzy dni nie był na męczącym spacerze.
Część energii udało się spuścić z pieska ćwiczeniami – trochę klikera, trochę kształtowania. Potem szukanie piłeczki w mieszkaniu, potem motywowanie na piłeczkę do robienia śmiesznych rzeczy i bieganie za piłeczką w domu.

 

Na szczęście – wczoraj wieczorem spadł śnieg. Wrocław jest trzymany miłym, acz niedużym mrozem, dzięki czemu nie zrobiła się jeszcze nieprzyjemna breja. W końcu mogliśmy pójść na spacer, było węszenie, witanie z psami, bieganie za piłeczką (duuuuużo biegania za piłeczką), kopanie w śniegu. Spacer długi specjalnie nie był, bo jednak brzuch młody ma dość łysawy, sierść króciutką, więc marznie mimo ruchu – po kilkudziesięciu minutach jest telepawka, bo zimno w łapki i tak dalej. Mimo tego nawet krótszy, ale urozmaicony i aktywny spacer pozwala spuścić z psa wiele energii.

 

I teraz nachodzi mnie pytanie: dlaczego tak wiele osób, które skarżą się u swoich psów (nie tylko jacków, ale z tymi mam do czynienia przede wszystkim) na nadaktywność, nagłą czujność, szczekliwość, drażliwość nie da im po prostu szansy na to, aby wykorzystały odpowiednio swoją energię? Pies zmęczony to nie tylko pies szczęśliwy, to też pies bardziej posłuszny, bardziej otwarty na szkolenie. Tyle, że w naszym przynajmniej przypadku o wiele bardziej psa męczy spacer, na którym robi różne, ciekawe rzeczy, niż taki, na którym sobie po prostu chodzi czy biega. W lecie chodził z nami po górach czy biegał po podwórku i faktem jest, że mniej był wówczas zmęczony, mniej spuszczał z siebie skumulowanej energii niż wówczas, gdy braliśmy tylko jego na łąkę, żeby porzucać piłkę, poprzeciągać się, pobawić się razem z nim.

Podsumowując: jack z nadmiarem energii to diabeł wcielony i dziwię się właścicielom tych psów, którzy to wytrzymują. A mały biały leży teraz pod kocem i śpi snem sprawiedliwego, nawet nie mając ochoty wychylić głowy z ciepłej norki, mimo że wokół hałasy.
Close Menu