Choć w psich adopcjach działam dłużej niż 10 lat, to jednak jest to ładny, okrągły okres do robienia takich podsumowań. Dziś nie prowadzę już domu tymczasowego, mam jednak kontakt z osobami zainteresowanymi adopcjami zarówno psów w typie JRT, jak i bezdomniaków ze schronisk. Oto, co się zmieniło w tym czasie. Nie zawsze na lepsze.

Już nie szukam ładnego pieska. Szukam szczeniaczka w typie rasy

„Dzień dobry, czy w schronisku jest jakiś szczeniak jorka?” – takie pytania są obecnie na czasie, jeśli chodzi o adopcję psów schroniskowych. Wiele osób oczekuje, że na progu schroniska będzie czekać na nich wymuskany piesek, najlepiej rasowy. I że wiemy, po jakich jest rodzicach. Owszem, w schroniskach zdarzają się psy w typie rasy (rasowe – bardzo rzadko i zwykle są odbierane przez hodowcę czy fundację). Zazwyczaj jednak coś jest z nimi nie tak. Bywają chore, co nie zawsze widać od razu, zwłaszcza gdy trzyma je adrenalina związana z pobytem w takiej placówce. Miewają problemy z zachowaniem, co szczególnie często zdarza się przy psach dorosłych w typie rasy, zwłaszcza tych niewielkich.

Nie pomagają organizacje prozwierzęce i wolontariusze. Bo czasami owszem, pies jest w typie rasy i to widać. Czasami jest w typie jakiegoś typu psa. Brzmi jak masło maślane, ale mowa na przykład o psach w typie teriera, co łatwo da się rozpoznać. Ale dopisywanie psu, że jest w typie jakiejś rasy, której w Polsce jest czasem jeden przedstawiciel, wskazuje tylko na to, że komuś już odjechał peron. Nie pomaga to nikomu, ZWŁASZCZA psu.

Wymaganie od wolontariuszy… wszystkiego!

Wraz z popularnością adopcji doszło do sytuacji, która bezlitośnie obnażyła braki edukacyjne części Polaków. Otóż nie wiedzą oni, co to znaczy wolontariat. Wielu wydaje się, że to taka ładna nazwa na pracę etatową w schronisku. I piszą do wolontariuszy z pretensjami, że nie odpisują im w godzinach pracy schroniska (WTF?), że nie przyjmują zgłoszeń w sprawie błąkających się zwierząt czy nie siedzą dniami i nocami w krzakach, żeby złapać psa, którego oni widzieli raz dwa tygodnie temu.

I znów, nie brakuje tutaj winy wolontariuszy. Tych, którzy robili wszystko, żeby tylko ktoś łaskawie zdecydował się wziąć psa spod ich opieki. Załatwiali wszystkie formalności, wykonywali wszelkie zabiegi (oczywiście – nieodpłatnie), w końcu dowozili psa pod same drzwi. Mało brakowało, aby pocałowali rękę dobrodzieja, który litościwie zdecydował się na przyjęcie psa pod swój dach. Tymczasem przypominam – posiadanie (choć to bardzo brzydkie słowo, to nie mam obecnie innego) psa nie jest czyimś prawem. Jest przywilejem i luksusem, który jednocześnie wiąże się z wzięciem na siebie pewnego obowiązku. Warto więc się wykazać i pokazać, że na ten przywilej jednak się zasługuje.

Udawana empatia

Ja wiem, że to nie dotyczy tylko adopcji psów. ALE tu jest bardzo widoczne. Pod zdjęciem psa do adopcji czy zwierzęcia, które potrzebuje pomocy, pojawia się wiele komentarzy na zasadzie „ten pies potrzebuje pomocy!!!!!”. Coś na zasadzie: weźmy i zróbcie. Bo on potrzebuje pomocy, ale ja nie mogę, bo… mam rodzinę, mam pracę, mam inne zwierzęta, nie mam warunków. Jasne, to wszystko dotyczy w zasadzie 99% ludzi na całym świecie. Zamiast pisać, że ktoś musi pomóc, i nie robić nic, warto zrobić coś. Choćby udostępnić, zgłosić do gminy, organizacji prozwierzęcej. Wsiąść za kierownicę i pomóc fundacji w dowiezieniu zwierzaka do weta. Kupić karmę przez internet na adres schroniska czy fundacji. Do tego można nie mieć warunków lokalowych, mieć pracę (a nawet warto!), mieć rodzinę i inne zwierzęta. Serio.

I druga strona medalu. Organizacje, które żerują wręcz na empatii. Piszą rzewne teksty o kolejnych psach, nad którymi musieli, no musieli się zlitować, więc mają ich teraz pierdyliard pod opieką i ludzie, płaćcie. I ludzie płacą. I czasem to zwierzęta na tym zyskują. Ale częściej jedynie zyskują organizacje – na przykład rozgłos i opinię litościwych. A potem jakby wieść o zwierzętach ginie, brak informacji o zebranych środkach, a działania organizacji stoją na etycznym i moralnym rozdrożu.

Dlatego doradzam – trzeźwo i bez emocji spójrzcie na to, co robi organizacja, zanim ją wesprzecie. Warto wspierać tych, którzy realnie robią dużo dla zapobiegania bezdomności zwierząt. Bo, niestety, pomoc pojedynczym zwierzętom w potrzebie – o ile niezwykle istotna i oczywiście konieczna – bezdomności jako tako nie zapobiega. Przynajmniej nie tak, jak powszechne kastracje, prowadzone na przykład przez Fundacja Animals Mielec na podkarpackich wsiach. Dlaczego piszę o nich? Nie zapłacili mi za to – od nich jest Happy, który żyje w naszej rodzinie, choć dziadkowie, jego ukochani opiekunowie, już odeszli z tego świata.

Dowiedz się więcej o adopcjach!

Jeśli planujesz adopcję psa lub znasz kogoś, kto chcę przygarnąć psa, mam dla Ciebie świetne źródło wiedzy. Wiem, że świetne, bo autorką jest wolontariuszka z dwudziestoletnim stażem, zoopsycholożka angażująca się w schronisku i robiąca rzeczy, które przystoją chyba tylko współczesnej siłaczce. Jestem dumna, że jest moją przyjaciółką. A dodatkowo – zdjęcia w treści pochodzą w dużej mierze z mojego aparatu, z wizyt w schronisku. I ja nadzorowałam proces tworzenia oraz redakcję ebooka. Znajdziecie go – bezpłatnie do 9 grudnia 2022 – pod tym linkiem. Wystarczy wejść na stronę, kliknąć w button i już, jest Wasz, bez zostawiania maili czy logowania gdziekolwiek. Niech Wam służy.

O autorze

Dodaj komentarz