Ten temat wypływa regularnie wśród osób, które angażują się w pomoc bezdomnych zwierzętom. Niewiele bowiem osób ma świadomość, że pomaganie zwierzętom to nie tylko wychodzenie na spacery z psami w schronisku czy sprzątanie po psim podrostku, który po raz kolejny nalał nam w domu na podłogę. To nie tylko cieszenie się, że pies znalazł dom, i że jest już szczęśliwy u boku swojego właściciela, który nigdy go nie zawiedzie. To również decyzje, które nie są dla nas łatwe i czasami niezgodne są również z naszymi przekonaniami – ale konieczne do podjęcia.

 

 

Najmniej chyba „bolesny” jest temat sterylizacji ogólnie, a także sterylizacji aborcyjnej. Sterylizacja w oczywisty sposób zapobiega bezdomności i jest chyba jedyną metodą, której można być pewnym stuprocentowo – bo różne obietnice nie są dotrzymywane, a ludzka czujność w upilnowaniu suki zawodzi. Sterylizacja aborcyjna staje się dla wielu osób jednak o wiele trudniejsza, bo prócz uniemożliwienia suce rozmnażania – dochodzi kwestia usunięcia również płodów szczeniaków. Czyli – kilka tygodni dłużej, a na świecie byłyby szczeniaki.

 

O wiele, wiele trudniejsza jest decyzja o uśpieniu ślepego miotu – a mimo tego jest konieczna do podejmowania w obecnej sytuacji i przy obecnej skali bezdomności psów w Polsce. W tym przypadku weterynarz może uśpić szczeniaki, które jeszcze nie otworzyły oczu; zazwyczaj usypia się je zaraz po porodzie, podając dodatkowo suce odpowiednie leki na zatrzymanie laktacji. Przyznam sama, że uśpienie ślepego miotu jest dla mnie bardzo trudne, dlatego wolę zaprowadzić suczkę na sterylkę aborcyjną.

 

No dobrze, ale teraz ktoś może zapytać – skoro to takie trudne dla sumienia, niedopuszczalne dla niektórych, to po co to robić? Dlaczego po prostu tego nie zaprzestać? Ano dlatego, że uważam, że kierowanie się sumieniem ludzkim w tej kwestii jest po prostu egoistyczne. W Polsce są tysiące bezdomnych psów i setki ich się rodzą każdego tygodnia. Każdy dodatkowy pies powiększa tę pulę. Zaraz ktoś powie – jak to powiększa, skoro szczeniakom można znaleźć dom, więc nie będą bezdomne? Nie, to tak nie działa – jeżeli ktoś sam na swoje sumienie i swoje utrzymanie weźmie cały miot, który potem wysterylizuje czy wykastruje, ale sam się nim zajmie od samego początku – można powiedzieć, że ten miot jest „domny”. Ale pomimo tego – należy pamiętać o psach, które już w schroniskach są. Bywają ludzie, którzy mają potrzebę opiekować się szczeniakami, jakoś tak realizują swoje potrzeby macierzyńskie czy coś w tym stylu. Zwykle takie właśnie osoby biorą na „odchowanie” szczeniaki – znam również jedno schronisko na wschodzie Polski, które zamiast ślepy miot uśpić, oddaje go na odchowanie wolontariuszki; gdy szczeniaki dorosną, są zabierane z powrotem do schroniska. Naprawdę jest to sprawiedliwość? Coś, co warto, aby im się przytrafiło? Jeżeli ktoś ma potrzebę opieki nad szczeniakami – nie ma sprawy. W każdym schronisku dwa razy do roku następuje wręcz fala szczeniąt z zewnątrz – są porzucane w lasach, na ulicach, podrzucane do schroniska, ludzie próbują je zabić np. topiąc, a one mają tę wolę życia i  – na ich szczęście, czy nieszczęście – udaje im się przetrwać. Więc jeśli ktoś chce się w opiece realizować – nic prostszego, wystarczy wziąć sobie na głowę takie już widzące, ledwo chodzące i jedzące szczeniaki. Sprzątać po nich sto razy dziennie, pilnować, aby każdy odpowiednio się najadał, zapewniać opiekę weterynaryjną, a nierzadko – już leczyć z zarobaczenia. Czasami walczyć z parwowirozą – i niestety przegrywać. Ktoś, kto zdając sobie sprawę, że w schronisku właśnie teraz marzną, chorują, umierają szczeniaki, nie usypia ślepego miotu bezdomnej suki czy suki, która żyje w złych warunkach – dokłada się do cierpienia tych psów, postępuje egoistycznie, szuka emocjonalnego wyciszenia własnego sumienia w zamian za racjonalne działanie na rzecz zmniejszenia bezdomności… Wpiszcie sobie tutaj, co chcecie. Na pewno jednak taka osoba w ten sposób nie pomaga bezdomnym zwierzętom i ja osobiście mam prośbę – jeśli pomoc ma tak wyglądać, to może lepiej niech jej wcale nie będzie.

 

Jest jeszcze druga strona „medalu”. Psy, które są poważnie chore, po wypadkach, a do tego bardzo stare. Przyznam szczerze – i wiem, że wiele osób to oburzy, wiele osób się ze mną nie zgodzi – że widząc ratowanego kilkunastoletniego psa chorego na zaawansowany nowotwór, bezzębnego, ledwo chodzącego – zgrzytam zębami. I nie chodzi tutaj o to, że ten pies nie zasługuje na pomoc, na dom, na ratunek. Według mnie – on raczej zasługuje na to, aby pozwolić mu godnie odejść, aby się już nie męczył. Ktoś powie: on się nie męczy. Skąd to wiadomo? Pies się nie męczy, bo nie piszczy? Bo nie  jest smutny? Bo zamerda ogonem na widok człowieka? Pies nie jest w stanie powiedzieć, czy cierpi, czy nie. Od człowieka zależy decyzja, kiedy przestanie walczyć. Powiem otwarcie: przedłużanie widocznie, nieuleczalnie choremu psu w złym stanie życia o kilka dni czy tygodni to okrucieństwo. Oczywiście, w każdym przypadku granica leży gdzie indziej; istnieją jednak osoby, które walczą za wszelką cenę, pomimo że zwykle ponoszą porażkę. Dla nich emocjonalna porażka, utracona nadzieja i zaprzepaszczone starania, które przy dobrych wiatrach będą wspominać przez następne lata; dla psa to kilkanaście dni w cierpieniu, którego człowiek nie zna i nie jest w stanie odkryć, bo pies nam się nie poskarży.

 

W idealnym świecie z radością witalibyśmy wszystkie narodzone szczeniaki, które po dobrym odchowaniu – w zdrowiu, dobrobycie – trafiałyby do oczekujących na nie i szanujących psie życie właścicieli. Wszystkie psie staruszki trwałyby przy swoich rodzinach, otoczone opieką i ciepłem, a także miłością, jaką tylko można mieć do stworzenia, z którym przeżyło się kawałek życia. Psy chore byłyby diagnozowane przez profesjonalistów i miały zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki życia, albo byłyby łagodnie przenoszone w krainę, gdzie nic by im już nie dolegało. Tak sobie wyobrażam swój idealny świat. Niestety, rzeczywistość jest jego przeciwieństwem.

 

I jeszcze na koniec: notka ta absolutnie nie ma zachęcać do usypiania wszystkiego jak leci. Jest raczej wyrazem goryczy wobec tego, jak bardzo ludzie są w stanie mylić uspokojenie własnego sumienia z „empatią”. I jak bardzo pomaganie zwierzętom może im w rzeczywistości szkodzić – zwłaszcza, gdy ktoś nie jest w stanie spojrzeć na szerszą perspektywę i liczy się dla niego jeden konkretny przypadek.

 

Close Menu