Nie kocham swojego psa, bo karmię go tylko suchą karmą i czasem smakami w czasie szkolenia. Nie dostaje żadnych domowych obiadków, szyneczek, pierożków, naleśniczków, cukiereczków i tak dalej. Na pewno sobie zmyśliłam jego uczulenie na drób tylko po to, żeby było mi go wygodniej karmić suchymi kulkami, a piesek patrzy i wysyła telepatycznie myśli „Jestem straaasznie głooodny, pańcia mnie nie kocha!” I jeszcze jest chudy. A on tak prosi o jedzonko, ja mu nie daję – to chyba jasne, że go głodzę? Nie kocham go po prostu i tyle, bo tylko utuczony pies to kochany pies.

Nie kocham swojego psa, bo od niego czegoś wymagam. No bo jak to – wymagać od psa? Człowiek ma być przyjacielem psa, jego opiekunem, jak może czegokolwiek wymagać?! W myśl najnowszych „trendów ideowych”, człowiek nie ma psa jako właściciel mający zwierzę, tylko jest opiekunem swojego towarzysza. A od towarzyszy się nie wymaga, nie? A ja wymagam, na przykład tego, żeby pies nie darł japy w domu. Albo tego, żeby się uspokoił i słuchał komend, kiedy do niego mówię. I jeszcze, żeby się uczył jakichś głupich sztuczek, kto to widział tak męczyć małego, białego pieska?

 nie kocham psa

Nie kocham swojego psa, bo mu zabraniam – na przykład skakania po ludziach, gdy tego chce; podbiegania do innych psów; zjadania żarcia z ziemi. A prócz tego, że mu zabraniam, to jeszcze go kontroluję, na przykład trzymając na lince zamiast puścić luzem. No bo przecież on chce pobiegać, nie? Poczuć wolność! Nie dość, że go męczę, to jeszcze nigdy na pewno nie zobaczę tego spojrzenia psa cieszącego się wolnością…

 

Nie kocham swojego psa, bo ma klatkę kennelową. Ooo, klatka to jest dopiero zło – prawie jak w schronisku. Jak to się dowiedziałam, zamiast pogodzić się z faktem, że pies coś może zniszczyć (w końcu na co liczyłam, biorąc psa?) albo że będzie szczekał i wył oraz znosić to z pokorą, biczując się po plecach, bo na pewno zrobiłam coś źle i teraz piesek płacze, że wychodzę – ja wzięłam klatkę. I jeszcze śmiem twierdzić, że wydaje mi się, iż psa do klatki przyzwyczaiłam, a on po prostu jest taki zrezygnowany, że nie szczeka i śpi w tej klatce – bo co też biedak ma zrobić ze sobą? A to, że wchodzi sam do niej, gdy jest otwarta, i śpi? No cóż, na pewno boi się mojej srogiej złości, dlatego co jakiś czas sam tam wchodzi – może się obawia, że obetnę mu jego dzienną rację suchych kulek?

 

I tak to sobie żyję z pieskiem, którego nie kocham. Tak bardzo go nie kocham, że od trzech dni łażę z nim do weterynarza na zastrzyki, nie śpię nocami, karmię minimalnymi porcjami co dwie godzinki, rozrabiam probiotyki i daję do picia, dogrzewam i sama marznę, żeby nie było w domu za ciepło.

 

Dobrze, że mam choć tyle przyzwoitości i stwarzam pozory 😉
Close Menu