Witajcie, drodzy Czytelnicy, którym tak długo kazaliśmy czekać na nowy wpis! Gdy sytuacja jest już nieco bardziej stabilna, postanowiłam do Was wrócić – mam nadzieję, że na stałe – i dać znać, co się u nas działo. A działo się sporo i różnie.

Co ta pandemia?

No i tego zabraknąć tutaj nie mogło. Pandemia odbiła się na życiu nas wszystkich, zwłaszcza tych, którzy mają psy. Najpierw to one były przepustkami na wolność. Teraz towarzyszy nam ciągły strach, że dopadnie nas kwarantanna, a wtedy pojawi się ogromny problem – jak zająć się przez ten czas psami? Kogo znaleźć do opieki na spacerach, zwłaszcza nad Rushem? Jak nie zwariować z dwoma terierami i trzylatkami w zamknięciu przez X dni? 

Nie będę bardzo rozpisywać się na ten temat. Pandemia pokrzyżowała nam, jak wszystkim, sporo planów, na przykład spotkań z rodziną, której nie widzieliśmy przez długie miesiące, a niektórych – już ponad rok. Na szczęście nie uderzyła za bardzo w pracę, ale dotknęła jej na tyle, że konieczne było znalezienie czegoś jeszcze, dodatkowego, poza podstawowym zakresem obowiązków. I tak zaczęłam pracować w klubie fitness, ale to już zupełnie inna historia.

Nie można nazwać nas ani sceptykami, ani panikarzami. Niemniej obawiamy się o zdrowie, zwłaszcza oczywiście Maksa. Ja się obawiam jako czynny astmatyk. Pozostaje lęk o rodziców, dziadków, często po zabiegach, w trakcie długotrwałego leczenia. Ogólnie nie przepadam za okresem jesienno-zimowym z uwagi na choroby, a teraz ta niechęć znacznie się pogłębiła. Marzę natomiast o śnieżnej, mroźnej zimie – może chociaż kleszcze wymrozi 😉 

DSC09445

Nieszczęścia chodzą parami

Wiecie, jak to jest, gdy oczekujecie na urlop, który macie raz w roku, a kilka dni przed nim okazuje się, że no, będzie z nim kiepsko? No właśnie. Około 10 dni przed wyjazdem w góry Michał doznał poważnej kontuzji ortopedycznej i musiał być operowany. Potem dziewięć tygodni kolejno w gipsie i ortezie. Teraz trwa już rehabilitacja. Ale wyjazd w góry skurczył się do kilku dni i polegał głównie na siedzeniu w domu. Wiadomo, choć widok zza okna inny i ktoś obiady gotuje 🙂 

Mniej więcej w tym samym czasie, choć chyba nieco wcześniej, umarł mój dysk w komputerze. Pooooszły wszystkie zdjęcia z ostatnich kilku lat, wszystkie te, które były umieszczane na blogu, ale i takie domowe, rodzinne, tylko nasze. I choć wydaje się to mało ważnym na tle innych wydarzeniem, to jednak łezka w oku się kręci. Niestety dysk nie do odratowania, bo spalił się i stopił – nawet specjalista nie pomoże.

Zaczynamy nowe rozdziały

Nie wszystko jednak było najgorzej! Pandemia sprawiła, że wiele kursów przeniosło się do formy online z pracami zaliczeniowymi i wideokonferencjami. W ten sposób otrzymałam kwalifikację instruktora nosework, co teraz wykorzystuję, pracując ze świetnymi zespołami z mojej okolicy. Z jednym tymczasowo online, bo siedzą na kwarantannie 😉 

DSC07949 — kopia

Jednocześnie Maks od września zaczął przedszkole. Ile nerwów nas to kosztowało, to wiemy tylko my… i inni rodzice 😉 Pierwsze dni adaptacji, widoczne rozdarcie malucha między tym, że w przedszkolu w sumie jest fajnie, ale z drugiej strony nie ma tam rodziców. No i oczywiście pierwsze przeziębienia – przy braku dostępu do lekarzy i opisywaniu wysypek przez telefon mam dość 🙂 Oby jednak chodził jak najczęściej i bez chorób, bo zdecydowanie dobrze na niego wpływa ten czas rówieśnikami. A my mamy okazję popracować, nie zawalając potem życia rodzinnego.

Pandemia i rezygnacja z wielu planów „na żywo” przyniosła też istny rozkwit talentów, że tak to sakrastycznie ujmę. W końcu mam czas na malowanie i pisanie, a przy tym nie mam poczucia, że zamieniam się w alienującą się jednostkę, która woli spędzić czas z kartką papieru niż ludźmi. Drugim plusem jest to, że nagle znalazło się o wiele więcej czasu na psy. Praca nad szczegółami, możliwość brania udziału w fajnych webinarach – to wszystko rozwija i pokazuje nowe perspektywy.

No dobra, a co z pieskami?

Pieski mają się dobrze. Jax na spacerach zdecydowanie staje się starym ramolem i truchcikiem porusza się za nami, uporczywie wąchając każdy skrawek trawy. Idealnie mu pasuje teraz wychodzenie z Michałem, bo obaj idą sobie krokiem starszych panów i mają się dobrze. No chyba, że pada deszcz, to wtedy nie. Albo biegnie kot, to wiecie, nagle terier budzi się w białym piesku 😉 

DSC08864

Rush natomiast z początkiem września dostał od nas prezent, mianowicie – kastrację chemiczną. Nie byłam na tyle odważna, żeby zaryzykować od razu zabieg. Z uwagi na to, że jego kariera wystawowa legła w gruzach przez uszy, nie było powodu, dla którego zastanawialibyśmy się, czy w ogóle iść w takie rozwiązanie. Natomiast tłumy ciekących suczek za oknem nie pomagały, a wręcz sprawiały, że Rush zostawiał swoje ślady, ekhem, romantycznego nastroju kilka razy dziennie na różnych powierzchniach. Tak więc obecnie ma jajka wielkości małych orzeszków i stał się ogromnym fanem przytulanek. I przestał wszystko gwałcić.

Coraz bardziej widoczne są różnice między pieskami, mimo że obaj są terierami i mają wiele cech wspólnych: są łasuchami (i na tym tle obecnie trwają jedyne w domu konflikty), lubią węszyć (ach, pokażę Wam, jak Rush się wkręcił w obszukiwanie samochodu za próbką…), najpierw robią, potem myślą. Ale jednak Jax nadal mógłby przebywać bez człowieka i ma tylko chwile, gdy potrzebuje jego bliskości, na przykład poranki ze mną pod kołdrą, gdy chłopaki zbierają się do przedszkola. Rush z kolei chce być tam, gdzie jest jego człowiek. Położy się blisko, przytuli, dotknie. Koniecznie przy człowieku. Na spacerach, zwłaszcza dłuższych, Jax żyje sobie. A Rush, po wstępnej petardzie w tyłku, nadal żyje dla człowieka. Doskonale poszło nam wprowadzenie gwizdka pod pamięć mięśniową, więc odwołanie awaryjne idzie bajecznie. O tym też Wam napisze – to cudowne rozwiązanie, serio.

DSC07033

No, to na początek tyle. A co u Was?

Close Menu