Dziś na jednej z grup rodzicielskich, na której zwykle znajduję bardzo fajne treści, trafiłam na dyskusję o tym, dlaczego psa należy traktować jak psa. W sensie: jak zwierzę, nie jak człowieka. I w sumie wszystko byłoby okej, bo należy oddać psu, co psie, ale przeraziły mnie… argumenty. A raczej ich brak. I uświadomiłam sobie, jak bardzo otaczający mnie świat pełen jest ludzi, których nie chciałabym mieć wokół siebie. Ale po kolei: oto wpis o tym, czym jest według internetów traktowanie psa jak dziecka i komu to przeszkadza. Oraz jak.

Co znaczy "uczłowieczenie" psa?

Niby proste? No nie. Z uczłowieczeniem najwcześniej mamy kontakt w polskiej literaturze, gdzie nosi ono nazwę antropomorfizacji i polega po prostu na przypisaniu zwierzętom, roślinom i tak dalej ludzkich cech. I tutaj już pojawia się problem. Praktycznie co kilka miesięcy pojawiają się badania naukowe, które wskazują, że psy – bo na nich się skupimy – mają o wiele więcej rozwiniętych cech i emocji porównywalnych do ludzkich niż nam się zdawało niegdyś. Mogą być empatyczne, iść na ratunek swojemu opiekunowi, potrafią odgadywać emocje po głosie znanych im osób (a niekiedy i obcych, gdy mowa o emocjach bardzo silnych w wyrazie). Mogą nawet zmieniać swoje zachowania i dostosowywać je do celów, które chcą osiągnąć. Można je wychować – nie tylko tresować – co oznacza, że są podatne na techniki perswazji i mogą nawiązać z opiekunem więź. 

No, trochę jak dzieci, nie? Zwłaszcza w kontekście tego, że ich rozwój określony jest na zbliżony do etapu dwuletniego dziecka.

DSC09657 — kopia

No to teraz, co znaczy traktowanie psa jak dziecka, czyli w skrócie: uczłowieczenie, w mediach społecznościowych. Tutaj mamy cały wachlarz definicji. Najbliższa mi – choć nie mówię, że najbardziej poprawna, bo taka chyba nie istnieje – to robienie z psa dziecka, któremu w kwestii zachowania nie nakładamy żadnych ograniczeń wynikających z praw drugiej istoty. W takim dosłownym sensie: serwowanie mu pampersa, żeby nie musiał wychodzić na dwór, pozwalanie na dowolne zachowania, bo się weźmie i zestresuje, jedzenie z nim z jednego talerza w tym samym czasie (i zjadanie po nim), przygotowywania obiadków gotowanych i przerabianie na papki (a potem karmienie łyżeczką), nie pozwalanie na bieganie, bo się spoci itd. W pojęciu internetowym, jak się okazało, to też mówienie do niego per „syn”, „córka”, porównywanie bólu po stracie psa do bólu po stracie kogoś bliskiego, stawianie psa w jakiejkolwiek sytuacji wyżej niż człowieka, ubieranie, branie na ręce, pieszczotliwe mówienie, puszczanie luzem (!), zainteresowanie jego odchodami. Tak w skrócie. Przeanalizujmy bliżej kilka tych aspektów.

Czy wypada mówić do psa jak dziecka: "synku" albo "córciu"

Przede wszystkim wypada to się nie wtrącać do tego, jak kto do kogo mówi, dopóki nie robi tej drugiej istocie krzywdy. Pojawia się teoria dotycząca tego, że ludzie, którzy tak robią, rekompensują sobie brak dzieci i dają ujście instynktowi rodzicielskiemu (uff, zabrzmiało prawie jak ujście dla chuci!). Wszystko cacy, z tą jednak różnicą, że założenie jest błędne, bo istnieją zarówno ludzie, którzy dzieci mieć nie chcą, jak i ci, którzy instynktu jako takiego nawet nie mają. Choćby urodzili setkę dzieci (albo wtedy tym bardziej). Mówi się o tym coraz więcej, ale jak widać – wciąż za mało.

Tłumaczenia, dlaczego nie wypada, są przeróżne. Bo dziecko urodziłam, a psa nie. A co z dziećmi adopcyjnymi? Bo do dziecka wstaję w nocy, a do psa nie. Ja tam do szczeniąt w ciężkim stanie wstawałam wiele razy, a nieraz i nad nimi czuwałam. Bo dziecko karmię piersią, a psa nie. A co z matkami, które nie karmią piersią? Przykłady można mnożyć. 

mity o psach

Podstawowe jednak pytanie brzmi: dlaczego kogoś boli to, że ktoś inny nazywa psa synem czy córką? Czy działa tu jakaś forma kompleksu związanego z tym, że zwierzę jest gorsze od człowieka i jak można porównywać syna na czterech łapach do syna na dwóch nogach? A może to kwestia naleciałości religijnych? A może pogardy dla zwierząt? Albo wrażenia, że ludzkiemu dziecku czegoś ubywa, gdy zwierzę jest nazywane dzieckiem? Przyzwyczajenia do definicji?

I wiadomo, „syn” czy „córka” jako słowa mają swoją definicję. Tak samo jak w czasie ciąży w brzuchu jest zarodek, a potem płód, a nie fasolka. A jednak fasolka jest używana powszechnie… A nikt nie zastanawia się – może urąga to fasoli?

Czy ból po stracie psa jest mniejszy niż po stracie człowieka?

Śmierć dosięgnie nas wszystkich i prawdopodobnie nawet nie wiemy, kiedy się to stanie. Z natury przywiązujemy się do swojego otoczenia: domu, z którym wiążą się pozytywne wspomnienia, zdjęć, ale przede wszystkim ludzi i zwierząt. A mimo to przeczytałam dziś wypowiedź, w której pojawił się pogląd, że nie przystoi porównywać bólu po stracie ukochanego psa do bólu po stracie bliskiej osoby. Jakkolwiek nie tłumaczylibyśmy tego sobie z filozoficznego, religijnego czy etycznego punktu widzenia, niewłaściwe jest samo decydowanie za kogoś, czy jego emocje są ważne. 

Znacie takich ludzi, którzy powiedzą Wam „przestań się mazać, inni mają gorzej”? To ten sam typ, który mówi, że „chłopcy nie płaczą”, a na Waszą nawet największą tragedię stwierdzą, że sąsiadka Krysi spod trójki to miała to samo, tylko gorzej. Stokroć gorzej. Nie wierzcie takim ludziom i nie bądźcie takimi ludźmi. Emocje każdego człowieka są ważne i warto rozmawiać o nich z ludźmi, którzy je szanują. Warto uczyć dzieci, że trzeba szanować emocje – swoje, ale i innych wokół. Że emocje nie są tabu, nie są czymś wstydliwym, że płacz czy żal nie są okazaniem słabości.

I każdy ma prawo przeżywać swoje emocje tak, jak tego potrzebuje, nie krzywdząc nikogo innego. Nie da się i nie należy porównywać emocji dwóch osób, bo to dwie różne osoby. Dwie różne sytuacje. Dwa różne systemy wartości.

Czy wypada wrzucać zdjęcia psiej kupy?

Tego nawet nie skomentuję. Zwłaszcza patrząc na ilość zdjęć dziecięcych kup w grupach.

Czy należy pozwalać psu na wszystko (w tym bieganie luzem)?

Wiecie, ja jestem zdania, że dziecku czy psu warto pozwolić na tyle, aby nie naruszyło przestrzeni innych ludzi i psów (a także ogólnie pojętej natury). Dlatego ja osobiście ani dziecku, ani psu nie pozwalam podbiegać do psów czy biegać sobie bez kontroli pomiędzy ludźmi. 

A co do biegania luzem… Powtórzę się. Nie istnieje zapis ustawowy, który nakazuje prowadzenie psa na smyczy w mieście. Już to przerabialiśmy w innym wpisie. Właściciel ma sprawować nad psem kontrolę, aby nie stanowił on zagrożenia. Dla jednego wystarczająca będzie komenda. Drugiemu nie wystarczy kaganiec, smycz i anegdotyczna klatka na kółkach. 

A teraz wkurzę wiele osób: tak samo jest z dziećmi. Tylko narzędzia pracy inne.

Czy pies w sukience cierpi?

O ubieraniu pisałam już wiele razy, na przykład tutaj. Generalnie: pies ubrany w sukienkę do kilku zdjęć nie cierpi bardziej niż niemowlak przebrany w strój biedronki… do kilku zdjęć. Pies ubierany w sukienkę codziennie i chodzący tylko po chodniku albo noszony na rękach, bo się pobrudzi, cierpi dokładnie tak samo, jak dziecko, które ma „niedzielne” ciuszki i nie może biegać, bo się spoci, ani bawić, bo się pobrudzi. Pies ubrany w kurtkę zimą, w płaszcz podczas deszczu czy w kapok nad wodą nie cierpi bardziej niż dziecko ubrane w kurtkę zimą, w płaszcz podczas deszczu czy w kapok nad wodą.

Czy pies noszony na rękach jest uczłowieczony?

No nie. Ja osobiście na rękach i w rękach najczęściej noszę zakupy, ale mam nadzieję, że nie czuły się uczłowieczone, bo większość zjadłam albo zużyłam. I nakarmiłam dziecko i psa. No i męża.

Czy pies, który na spacerach zawsze jest noszony na rękach, cierpi? Jeśli jest zdrowy i potrafi poruszać się o własnych siłach – tak. Dokładnie tak samo, jak dziecko, które potrafi chodzić, a mimo to jest tylko noszone wbrew własnym chęciom. Czy pies niesiony na rękach cierpi? No nie, bo zwykle nawet nie wiemy, ile był niesiony i czy coś mu nie dolega. Tak, zdarza mi się nieść swojego psa, mimo że jest zdrowy – na przykład, jak coś próbuje go zeżreć. Wszystko zależy od okoliczności.

I jeszcze powiem Wam, dlaczego nigdy nie chciałam psa mniejszego niż Mały Biały (o zawrotnej wadze 5,5 kg). Bo najpewniej w tłumie ludzi bym go nosiła, a zwykle jestem obładowana setką rzeczy i bałabym się, że się nie zmieści. Po prostu miałabym obawę, że ktoś przypadkowo w niego wlezie…

Przy okazji pragnę przypomnieć, że noszenie noworodków i niemowląt nie sprawia, że dzieci są rozpieszczone. Cóż to za durny pogląd opanowujący to społeczeństwo w dobie takiego rozwoju nauki… Ludzie to noszeniaki. Noworodek nie zaczyna po kilku dniach hasać niczym młode źrebię. Przez dziewięć miesięcy swojego życia płodowego jest noszony – kołysany w brzuchu swojej matki. Po narodzinach jest zupełnie bezbronny, wymaga opieki i bliskości. Nie bez powodu pierwsze trzy miesiące nazywane są czwartym trymestrem ciąży. Dziecko dopiero po kilku miesiącach zaczyna prostować nóżki bez odruchu przyciągania ich na żabkę do siebie – odruchu, który umożliwia matce noszenie go w wygodnej pozycji. Ciotka Wam wmawia, że sąsiadka ma dziecko, które było noszone, i teraz chce tylko na ręce? Mój syn był noszony przez pierwszych dziewięć miesięcy – na rękach albo w chuście, bo wózka nie trawił. I wiecie co? Robi takie kilometry, również bez nas, rodziców, że pewnie pokonuje dystanse dłuższe niż niejeden dorosły. Dowód anegdotyczny? A jakże. Tak samo jak to, że dzieci nie należy nosić. Nauka mówi inaczej.

Piramida wartości, czyli pies poniżej człowieka

W sumie jestem w stanie zrozumieć, że ktoś stawia swoje dziecko czy swojego męża wyżej niż psa. Nie mówię, że tak uważam, ale mogę to zrozumieć. Nie mogę zrozumieć tego, że ktoś stawia bezrefleksyjnie dowolnego człowieka w dowolnej sytuacji ponad swojego psa. Nie mogę też pojąć, jak ktoś może stawiać wyżej jakiekolwiek bóstwo niż żywe stworzenie obok siebie. 

A tak naprawdę uważam, że wszystko zależy od okoliczności. I dopóki nikomu nie dzieje się z tego tytułu krzywda, a człowiek jest w stanie obiektywnie, realnie ocenić daną sytuację – piramida wartości może być dowolna. Prawdopodobnie i tak podczas weryfikacji (czego nikomu nie życzę) zostałaby zburzona.

Podsumowanie

Nie da się ukryć, że jeśli odstawimy na bok emocje rodzica, to wiele schematów związanych z wychowaniem małego psa, jak i dziecka jest… podobnych. Podobnie jak zachowań opiekunów. Nie wiem, w jakim celu ktoś tak bardzo troszczy się o to, jak ktoś mówi do psa czy na co mu pozwala, dopóki go to osobiście nie dotyka. Trochę taka cenzura tego, jak „wypada” się zachować, żeby było dobrze i zgodnie z jedynym słusznym światopoglądem.

Wyświetl ten post na Instagramie.

➡️WAŻNY TEMAT⬅️ American College of Chest Physicians udostępnił niedawno badania, które oceniały wpływ ekspozycji m.in. na zwierzęta domowe w długoterminowym leczeniu astmy dziecięcej. Badanie trwające przez trzy lata obejmowało 395 dzieci w wieku od 2 do 17 lat. U wszystkich dzieci początkowo stwierdzono niekontrolowane objawy astmy (czyli - bez żadnego podjętego leczenia), a następnie wprowadzono dostosowane leczenie. Stały nadzór nad nim sprawowano poprzez wizyty kontrolne co 3-6 miesięcy (zależnie od stanu pacjenta), na których dzieci były badane, a rodzice przekazywali dokumentację, o której prowadzeni byli poproszeni, a także wypełniali odpowiednie formularze dotyczące przebiegu choroby, jej objawów, stosowanego leczenia i czynników dodatkowych. ❗Co ważne: wszystkie dzieci leczono skutecznie i postęp był widoczny nie tylko jednorazowo, ale też w okresie całych trzech lat.❗Wśród tych dzieci wyznaczono m.in. dwie grupy. 45% badanych nie było eksponowanych na kontakt ze zwierzętami domowymi. 55% miało kontakt z psem lub kotem - taki codzienny. I wiecie co? ‼️Nie zauważono żadnych znaczących różnic w postępach i efektach terapii. Czyli ŻADNYCH powodów, dla których dzieci z astmą, odpowiednio leczone, miałyby nie przebywać z psem🐩 czy kotem. ➡️Jeśli lekarz w pierwszej kolejności każe Wam pozbyć się psa/kota z domu, bo dziecko ma katar, wysypkę czy kaszel, bez badań, informacji o rygorze higienicznym czy utrzymywaniu się alergenów w środowisku nawet do kilku miesięcy - opiera się na opinii. Szukajcie innego lekarza. Warto - dla zdrowia dziecka, dla komfortu domowników. #jrt #piesidziecko #astma #alergiaapies #asthma #dogandchild #jackrussellterrier #wiedzanaukowa #bialyjack #terrier #whitedog

Post udostępniony przez Biały Jack (@bialyjack)

Ja natomiast uważam, że mówią o nas głównie czyny. Nie przeszkadza mi, że ktoś mówi o swoim psie jako o synu – nie urąga to mojemu dziecku. Nie przeszkadza mi właściwie żadne zachowanie, jeśli nie ogranicza mojej przestrzeni czy nie szkodzi drugiej żywej istocie. Nie uważam, że dziecko w domu jest święte, a pies to tylko zwierzę, więc stoi na szarym końcu naszej społeczności. Lubię swoją rodzinę, nasze rozmowy o emocjach i dystans. Według psiego wieku to Mały Biały jest nestorem, dobrym wujkiem czuwającym nad całością, choć bywa nazywany synkiem, zwłaszcza w żartach. Czasem wołamy na niego imieniem Młodego, a czasem na Młodego wołamy jak na psa – ach, nawyki 😉

Nikt od tego jeszcze nie umarł. Chyba że się nadął i nie zdołał na czas wypuścić powietrza... 😉