Dziś po raz pierwszy z Małym Białym wybraliśmy się w prawdziwą wycieczkę górską. Prawdziwą, bo z mapą, całym oprzyrządowaniem, odpowiednimi ciuchami i przygotowaniem, a także – towarzystwem wprawionych piechurów. Część obstawiała, że młody rady sobie nie da, bo w końcu mały i biedny. Tymczasem wyszło nieco inaczej…

 

 

 

Wycieczka w sumie nie należała do najdłuższych i była raczej „na rozgrzewkę” – 13 kilometrów w 4 godziny. Pogoda sprzyjała umiarkowanie, bo raz padał deszczyk, co wzmagało jeszcze dodatkowo ilość błota na szlaku, a raz grzało słońce. Przez to wszystko my się ślizgaliśmy na korzeniach, kamieniach i brnęliśmy w błocie, a Mały Biały… No właśnie, on radził sobie doskonale. Błoto tam, gdzie my się zapadaliśmy, pod nim ani drgnęło. Kamienie? Zupełnie mu nie straszne – albo radził sobie skokami, albo po prostu znajdował szybko lepszą drogę, w którą my nie mieliśmy szans się zmieścić. Na niczym się nie ślizgał, twardo trzymał się szlaku (choć rzecz jasna był na smyczy, zachęcany do ciągnięcia), a na postojach niecierpliwił się i wciąż pokazywał nam, że czas ruszać dalej – zupełnie nie rozumiał, czemu wypluwamy płuca i jesteśmy zupełnie bez kondycji. On był w doskonałej 🙂

 

 

Po przejściu wielu kilometrów dotarliśmy również na Słowację – a tam Mały Biały sam z siebie… zaczął się pluskać w zimnym Dunajcu! Byłam pełna podziwu, bo on zazwyczaj nie reflektuje na wodne kąpiele, a tutaj nie dość, ze sobie brodził, to potem usiadł na kamieniu i obserwował otoczenie. Jego radość wzbudziło stado kaczek, ale szybko przypomniał sobie, że: a.) nie gonimy kaczek, b.) jest na smyczy, c.) gonienie kaczek spowoduje naszą natychmiastową, żywą i niekoniecznie miłą reakcję.

 

 

A na sam koniec zaserwowaliśmy również psu… wycieczkę po mieście. I wcale nie był zmęczony – co doskonale dowodzi, że aktywność fizyczna jako taka nie jest w stanie zawsze psa zmęczyć i spowodować, że po prostu padnie i pójdzie spać. Oczywiście, nigdzie nie odmówiłam sobie tego, żeby z młodym ćwiczyć różne rzeczy: zarówno standardowe komendy, jak również trochę sztuczek. Taki wyjazd to również doskonała okazja do socjalizacji i zapoznawania z różnymi rzeczami, których nie spotyka się na co dzień. Całe szczęście, Mały Biały w kwestiach nowości całkowicie opiera się na mojej reakcji – jeśli ja do czegoś podchodzę, to to nie może być dla niego groźne. Jednym z elementów, które ćwiczyliśmy przez cały jeden dzień była jazda samochodem – młody jest przyzwyczajony do podróży, ale głównie pociągiem czy tramwajem. W samochodzie nie mógł sobie znaleźć miejsca, ale wystarczyła jedna dłuższa, kilkugodzinna podróż z przystankiem w środku, aby do końca się do tego przekonał.

 

 

Nie muszę chyba wspominać, że młody budził zachwyty połowy spotykanych osób? 🙂 Wyróżnia się jako mały, biały stworek, który merda do wszystkich ogonem, dogaduje się ze wszystkimi psami, a dodatkowo jeszcze kocha dzieci. Muszę przyznać, że nawet pomimo małych wad, których pewnie inni nie widzą i pukają się w czoło – ten pies jest tym, czego szukałam i na co czekałam 🙂

 

 

Close Menu