Ostatnie kilka dni namiętnie podróżowaliśmy – pociągami, samochodami, szynobusami. Małe białe codziennie przerzucane było z dnia na dzień i dzięki temu jestem w stanie je obserwować i stwierdzić, jak bardzo jego zachowanie zmieniło się w porównaniu do tego, co było na początku.

Mimo praktycznie całodziennej podróży, małe białe zachowało fason – głównie leżało, trochę kombinowało (jak się okazało – było głodne), nie zaczepiało nawet innych ludzi. Co do ludzi – zauważam ogromną różnicę między zachodem a wschodem kraju i nie bardzo wiem, czy ta różnica jest dobra, czy zła (i dla kogo jest jaka). Na zachodzie sytuacje typu zaczepianie mnie, bo jestem z psem, gadanie do mnie, mimo że nie wykazuję chęci konwersacji, dotykanie psa bez zapytania (jakbym nie istniała) praktycznie są dość rzadkie. Tutaj natomiast w ciągu paru dni zostałam zaczepiona przez co najmniej tuzin osób. Część po prostu zachwycała się małym białym, co jest jeszcze dość zrozumiałe i akceptowalne. Kilka osób jednego dnia wyraźnie powiedziało mi, że psu jest zimno. Psu, który tylko w jednej sytuacji się telepał, i to nie z zimna, a z emocji (ale tego akurat nikt nie musiał wiedzieć), i który dodatkowo był w ubranku. Nie wiem, czy była to po prostu potrzeba znalezienia mojego potwierdzenia, że zimno może mu być, czy może sugestia, że mam z nim nie wychodzić, póki nie będzie na plusie. Raz podeszła do mnie pani, ciągnąc za rękę swoje kilkuletnie dziecko i pokazując małego białego palcem, który prawie wsadziła mu do oka, oraz mówiąc „zobacz, piesek!”. Po czym dziecko zaczęło psa po prostu głaskać na moich rękach, a ja byłam tak zaszokowana i zmarznięta, ze nawet nie zareagowałam, jedynie chyba oczy błysnęły mi złością, bo pani się zmyła. Co by nie było: nie mam nic do tego, że dzieci czy dorośli głaskają mojego psa. Cenię sobie natomiast, gdy najpierw zapytają, czy mogą, a nie od czapy po prostu to robią. Ja ich dzieci nie głaszczę.
Dziś doczepił się do nas pekińczyk puszczony luzem, nawet bez smyczy. Szedł za nami, a za nim szła pani, wołając go, co on oczywiście miał gdzieś. Poczekałam więc parę minut w jednym miejscu, aż pani przyjdzie i zabierze swojego pieska – pani rzecz jasna nie widziała nic złego w tym, że ja muszę stać i czekać, żeby ona swojego pekina zabrała. Szła dostojnym krokiem, komentując, że dziś tak zimno. Co najmniej, jakby stwierdziła, że czekam na nią w celach towarzyskich. Chyba nie rozumiem ludzi.
Piesałke zrobił sobie natomiast krzywdę w łapę, przez zdradziecką warstwę zamarzniętego śniegu, pod którą kryła się sterta śniegu puchowego. Małe białe biegło, biegło, a potem się zapadło i tym sposobem o ostrą warstwę zmarzliny zdarło sobie cały opuszek przedniej łapy. Na szczęście nie ten opuszek, na którym staje, a ten wyżej. Dlatego też od jutra dłuższe spacery w bandażu albo skarpetce – każde wyjście na dłużej w połączeniu z aktywnością białasa sprawia, że z ranki sączy się krew. Dla pocieszenia dodam, ze małe białe nawet nie zwróciło uwagi, że coś sobie zrobiło i w najlepsze biegało dalej.
Muszę również zaznaczyć, że na wschodzie panuje straszna zima, małe białe nieprzyzwyczajone Na domiar złego – zepsuł nam się kubrak. Dziś więc pożyczyliśmy od przyjaciółki i jej psów dwa niepotrzebne, polarowe kubraki. Oba są dobre, ale reakcja małego na jeden z nich była tak znacząca, że musiałam ją ująć fotograficznie. Zdjęcie obok.
Z drugim psem, przepiękną panną Zuzanną, małe białe żyło raczej w zgodzie. Dwa razy przestraszyło się czarnej panny, która biegła do nas, ale tak jakby wprost na niego – i nie wiedziało, czy uciekać, czy się kłaść, czy po prostu znieruchomieć. W odwecie postanowiło po niej przebiec, co zostało skwitowane gardłowym warkiem. Czeka go jeszcze przypomnienie kontaktu z dwoma innymi psimi kolegami 🙂
Znów jednak dochodzę do wniosku, że bez klatki byłoby strasznie. A tak: pies nie może usnąć – idzie do klatki – zasypia jak aniołek.
Jako że jesteśmy tragicznie zmęczeni, to na dziś tyle. Ale jutro odpoczniemy – i będziemy tworzyć 🙂 Jutro temat o komunikacji z psami.
Close Menu