Termin „behawiorysta” jest obecnie dziś bardzo popularny i coraz więcej osób się nim określa. Osoby te uważają się zazwyczaj za specjalistów od zachowań psów, ludzi, którzy doskonale poradzą sobie z problemami behawioralnymi psów oraz rozwiążą kłopoty ich właścicieli. Jak jest w rzeczywistości? Jaki procent tych wszystkich „behawiorystów” jest rzeczywiście warty posiadania jakiegokolwiek tytułu?

 

 

Behawiorysta na odległość, czyli porady z fusów

 

Tak, tak, właśnie. Szukając materiałów do tego tekstu natknęłam się na co najmniej kilkunastu „specjalistów”, którzy oferują – za niemałe pieniądze – świadczenie swoich usług przez telefon czy internet. Na jakiej podstawie ma przebiegać taka terapia? Zazwyczaj na podstawie tego, co powie o zachowaniu psa właściciel. Czasami – w przypadku konsultacji internetowych – na pokazaniu filmiku, jak pies się zachowuje. Nie chciałabym być zrozumiana w tej chwili źle: nie mam nic przeciwko ogólnym poradom, np. jak zachowywać się przez pierwsze dni względem psa wziętego ze schroniska albo jak ogólnie (na jakie sposoby) można radzić sobie np. z ciągnięciem na smyczy u psa. Tak samo zrozumiałe są dla mnie konsultacje na zasadzie zdawania relacji z postępów w terapii, gdy pies już był widziany przez danego specjalistę na jego własne oczy. Natomiast stawianie diagnozy i dokładne porady, jak postępować, zwłaszcza w trudnych przypadkach – choćby agresji do psów, ludzi – to proszenie się o jeszcze większe kłopoty. Owszem, może to zadziałać. Ale większe prawdopodobieństwo jest takie, że nie tylko porada nie pomoże, ale wręcz nasili zachowanie. Zwłaszcza, że już od dłuższego czasu właściciel robi coś nie tak i niekoniecznie chodzi tylko o wzmacnianie niepożądanych zachowań.

 

Dlaczego uważam, że porady bez zobaczenia psa to porady z fusów? To proste: właściciel psa może świadomie bądź nieświadomie przeinaczyć pewne fakty, o czymś zapomnieć wspomnieć. Może uznać jakiś aspekt za niekoniecznie istotny. Co więcej, ludzie wypytani o np. ilość ruchu, zajęcia z psem – będą nieco upiększać sytuację, często zupełnie automatycznie, żeby wyjść na lepszych właścicieli psów. A to całkowicie zmienia sytuację. Owszem, na żywo właściciel też może parę rzeczy zmienić, pokazać inaczej – ale wówczas doświadczony specjalista po prostu wychwyci niuanse, patrząc na zachowanie psa oraz zachowanie właściciela względem czworonoga. Większość naszych zachowań jest dość automatyczna, dlatego też musielibyśmy nad sobą bardzo panować, aby nie zrobić czegoś głupiego w oczach behawiorysty – zwłaszcza, że gdy sięgamy po jego radę, to zwykle po prostu nie wiemy, co głupiego tak naprawdę robimy 😉

 

Dwa tygodnie i pies do uśpienia

 

To kolejny rodzaj behawiorystów, z którym się spotkałam – i zadziwia mnie, że nie tylko znajdują oni klientów, ale również ci klienci ich słuchają. Niestety, w tym przypadku pies może ucierpieć najbardziej, bowiem taki „specjalista”, nie mogąc znaleźć przyczyny zachowań bądź nie będąc w stanie ich zmienić w krótkim czasie – uzna, że nic nie da się zrobić. I – co najgorsze – często doradzi po prostu uśpienie psa. W zasadzie jest to dla mnie niezrozumiałe z kilku powodów. Przede wszystkim – czasami, zanim zachowanie psa się zmieni i nowe zasady wychowania cokolwiek dadzą, może minąć kilka tygodni, a nawet miesięcy! Niektóre psy do „normalności” dochodzą nawet po dwóch – trzech latach. Trudno więc mówić o nagłej, ogromnej poprawie, która pojawi się natychmiast, jak tylko „specjalista” przeleje na psa bioprądy. Często sam właściciel potrzebuje nieco czasu, aby zacząć reagować na zachowania psa tak, jak powinien. Nieraz po prostu dana metoda na dłuższą metę się nie sprawdza i trzeba całkowicie zmienić tok postępowania – bywają i takie sytuacje. Żadnej z tych rzeczy nie da się zrobić w dwa tygodnie, a na pewno w takim czasie nie da się wypróbować wszystkich możliwych metod.

 

Drugą kwestią, która jest dla mnie niezrozumiała, jest egoizm takiego „specjalisty”. Prawdopodobnie wychodzi on z założenia, że skoro on nic nie wymyślił, to nikt inny nie ma szansy tego zrobić. I że rozwiązania po prostu nie ma. O ile rozumiem rywalizację pomiędzy różnymi specjalistami prowadzącymi swoje praktyki, o tyle jednak w przypadku „psiego psychologa” chodzi przecież przede wszystkim o dobro psa. To ono powinno być na pierwszym miejscu, nie zaś osobiste animozje czy przekonanie, że jeśli powie się „nie wiem, co poradzić, proszę skonsultować się z kimś innym”, to wszyscy klienci uciekną.

 

Behawiorysta – samozwaniec

 

To typ behawiorysty, który przenika inne rodzaje. Jest to specjalista, który sam siebie nim nazwał, bez posiadania stosownego doświadczenia i odpowiednich umiejętności. Dodam, że dla mnie ukończony kurs korespondencyjny nie jest absolutnie żadnym dowodem na bycie specjalistą. Ba! Nawet ukończone studia „psiego psychologa” nic moim zdaniem nie znaczą, jeśli człowiek nie posiada dwóch rzeczy: zdrowego rozsądku oraz doświadczenia. Pierwsza rzecz pozwala na dopasowanie metody bez emocjonalnego zaangażowania w daną sprawę; ocenę zarówno psa, jak i jego właściciela, i na tej podstawie określenie, jak trzeba postępować, aby było lepiej. Druga – umożliwia porównywanie przypadków, rozwój własnych umiejętności i większą możliwość niesienia pomocy. Oczywiście, doświadczenie trzeba kiedyś zdobyć, jednakże każdy, kto ma nieco pokory, nie weźmie się od razu za trudne przypadki.
Chciałabym przy tym dodać, że znam więcej osób, które mają doświadczenie i wiedzę bez żadnego wykształcenia niż tych, które mają wykształcenie i jednocześnie jakąkolwiek wiedzę czy doświadczenie. W zasadzie tych drugich znam osobiście jedynie dwoje – obie panie ze spraw konkretnych psów, obie mogę przez to polecić. Co ciekawe – osoby, które zdobywają doświadczenie latami albo mają do tego „dryg”, ale nie mają żadnego wykształcenia zazwyczaj posiadają na tyle pokory, aby nie nazywać siebie behawiorystami. Nawet bez tego są w stanie pomóc wielu osobom i psom, jednocześnie przy ciężkich przypadkach odsyłając do prawdziwych, licencjonowanych specjalistów, z którymi mają kontakt.

 

 

Metody? Jedyna słuszna!

 

O tym już pisałam na blogu w notce o tym, jak to spierają się wielbiciele różnych metod szkoleniowych psów. O ile każdy wychowuje swojego psa jak chce, ponosząc tego konsekwencje, o tyle specjalista powinien umieć pomóc nie tylko psu, ale również i rodzinie. Nie da się tego moim zdaniem zrobić zawsze tak samo, podciągając psa pod metodę, a nie odwrotnie – metodę pod psa. Trudno klikać zawzięcie psu, który na widok innego psa dostaje amoku; trudno używać metod rodem z filmów Millana (swoją drogą – według mnie nie powinny być puszczane w telewizji, którą oglądają ludzie nie mający pojęcia o psach, a chcących być drugim „zaklinaczem”) przy psie, który panicznie boi się nawet spojrzeć na człowieka i ze strachu załatwia się pod siebie. Zdrowy rozsądek przede wszystkim.

 

Jak więc wybrać odpowiedniego specjalistę? O tym już niebawem 🙂

 

Close Menu