Pies w mieście – na smyczy czy bez?

Mały Biały jest przez większość roku psem miejskim – kiedyś wielkomiejskim, dziś po prostu miejskim. Wynika z tego niewiele niedogodności, ale również prowokuje to do zachowania środków ostrożności, o których pewnie nie myślałabym, gdybym mieszkała w innym miejscu. Czy jednak pies w mieście powinien być zawsze na smyczy, czy może wręcz odwrotnie – ciągle bez niej?

Czytaj dalej…

Pies w mieście

Nie da się ukryć, że małe białe jest typowo miejskim psem. Czyli: zna rytm miejskiego życia, nie boi się nagłych hałasów, dziwnych ludzi, niespotykanych rzeczy. Co nie oznacza, że nie odnajduje się na wsi – owszem, odnajduje się, nie ma z tym problemu. Dlatego też jestem zdania, że psu miejskiemu łatwiej jest przystosować się do wsi, niż psu wychowanemu na wsi do miasta. I uważam również, że praktycznie każdy pies powinien być przyzwyczajony do pewnych aspektów życia w mieście – jeśli mieszka na wsi – albo powinien znać wszystkie te aspekty – jeśli mieszka w mieście.
Metod na przyzwyczajanie psa do miasta jest bardzo wiele i tak naprawdę powinniśmy zawsze dostosować je do wieku, predyspozycji i charakteru naszego psa. Inaczej będziemy przyzwyczajać psa młodego i odważnego do hałasów, a inaczej psa starszego czy lękliwego. Nawet szczenięta miewają w jednej rasie tak różne cechy charakterów, że nie da się z góry założyć jednej, konkretnej zasady. Zawsze jednak istotnych jest kilka rzeczy: cierpliwość, pozytywne nastawienie, spokój i obserwowanie psa. Te sprawy pozwolą nam na to, aby proces przyzwyczajania przebiegał jak najsprawniej.
Biorąc małego białego, również mieliśmy świadomość, że łatwo nie będzie. W końcu mieszkał w dość spokojnej wsi, gdzie owszem, widoki są przepiękne, a miejsca do biegania nie brakuje, ale z pewnością jest o wiele ciszej i spokojniej niż we Wrocławiu – zwłaszcza zaś w centrum. Plusem na pewno było to, że mógł również przez okno obserwować życie miasta, słuchać rozmaitych odgłosów, widzieć różne sytuacje. Przyzwyczaił się bardzo szybko, na całe szczęście. 
Do jednego z najważniejszych aspektów życia w mieście zaliczam osobiście umiejętność funkcjonowania wśród ludzi w różnych miejscach. Oznacza to, że jestem zdania, iż pies miejski powinien znać podstawy zachowania na przykład na lekko zatłoczonym placu. Powinien wiedzieć, że nie ma mowy o plątaniu się na smyczy między ludźmi – w grę wchodzi tylko chodzenie przy nodze. Podobnie musi być nauczony pewnej ogłady, choćby nie skakania na ludzi na ulicy, co wbrew pozorom w przypadku psa tak przyjaznego i chętnego do kontaktu z człowiekiem, jak mały biały, nie jest proste. Ważne jest też w moim przypadku, aby potrafił się zachowywać odpowiednio w komunikacji miejskiej, bez znaczenia, czy jest prawie pusty tramwaj, czy może jest super zatłoczony i połowa osób na niego cmoka. Można powiedzieć, że w przypadku części psów taka nauka trwa praktycznie przez całe życie.
Warto też, kiedy pies umie przechodzić przez rozmaite powierzchnie. U nas problem był w przypadku mostów – we Wrocławiu ich nie brakuje, a małe białe przez jedne przechodziło bez wahania, podczas gdy na innych się zacinało i nie było mowy o zrobieniu kroków. Tutaj bardzo pomogło nam odpowiednie nastawienie i motywowanie. Wszystko na luzie – zero ściągania smyczy. Dodatkowo, zero litowania się – przez most tak czy siak trzeba przejść, a przecież nie będę małego białego prosiła, aby to łaskawie zrobił. Po prostu komenda „idziemy” i spokojny, ale zdecydowany krok. Jestem zdania, że w takich sytuacjach jest to najlepsza metoda. Ręce mi opadają, gdy widzę przestraszone psy, nad którymi właściciele się nachylają i do nich – według własnego mniemania – uspokajająco mówią. Nic bardziej nie utwierdza psa w przekonaniu, że coś jest nie tak i jest się czego bać, niż właśnie takie zachowanie.
Inna istotna sprawa to odpowiednie reakcje psa na inne psy oraz na ludzi. Nie oszukujmy się, na tym świecie chodzi wiele osób, które przedstawiają różne etapy bycia idiotą. Dotyczy to zarówno psiarzy, którzy puszczają luzem np. agresywne psy, jak i zwykłych ludzi, którzy wysyłają bez pytania dzieci, co by pogłaskały pieska, a nawet sami pchają się z rękami do psa. Potrafią też psa kopnąć albo przestraszyć, uderzyć czymś – nam to się na szczęście nie zdarzyło, ale znajomi mieli takie przeżycia. Dlatego bardzo istotne jest, aby pies odpowiednio na to reagował, czyli najlepiej: nie reagował wcale. To jest oczywiście bardzo indywidualna kwestia, i przydaje się nie tylko w mieście. Jednak to właśnie tutaj jesteśmy narażeni na zwiększone kontakty z ludźmi i nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć. Dla mnie idealne zachowanie psa w zaskakującej sytuacji to wycofanie, tzn. nie podjęcie żadnego działania i zdanie się na swojego opiekuna. Wymaga to pracy, ale warto.
Kolejna ważna sprawa to zapoznanie psa z rozmaitymi wnętrzami oraz przechodzeniem przez dziwne miejsca. Jakie? Na przykład przejścia podziemne, tunele, ale też podcienia, łuki, rozmaitego rodzaju drzwi. Tutaj najlepiej jest jak najwięcej ćwiczyć. Oznacza to, że musimy po prostu psa wystawiać na określoną liczbę takich sytuacji z różnym ich natężeniem i stopniem trudności. Oczywiście, nie rzucamy psa na głęboką wodę. Najpierw uczymy prostych rzeczy, dobrze jest przy tym warunkować sobie również komendy, np „wejdź”. Przy odpowiednim odczuleniu psa na bodźce oraz zaufaniu do właściciela zazwyczaj nie ma żadnych problemów. Warto jednak powtarzać takie ćwiczenia przede wszystkim w praktyce, o różnych porach dnia, przy różnych okazjach. Podobnie sprawa ma się ze schodami. Widuję w czasie spacerów wiele psów, które zapierają się przed wejściem na schody. Zazwyczaj są to psy małe. Oczywiście, właściciele biorą je wówczas na ręce. To również jest jedna z gorszych rzeczy, które można psu zrobić. Nie widzę powodu do brania psa na ręce w praktycznie żadnej sytuacji, jeżeli nie wymagają tego względy zdrowotne. 
W przypadku psa żyjącego w mieście powinno zadbać się również o odpowiedni stosunek np. do rowerzystów, biegaczy, rolkarzy. Jest ich pełno w każdym mieście i mają dokładnie takie same prawo poruszać się chodnikami, jak i właściciele psów. Stąd nie wyobrażam sobie, aby miejski pies biegał za którąś z tych osób, szczekał na nią czy robił inne, dziwne rzeczy.
Istotne jest również przyzwyczajenie psa do różnych przedmiotów. Nierzadko spotyka się psy, które odczuwają lęk bądź nawet przejawiają agresję lękową na widok kogoś z parasolem/kobiety w długim płaszczu/starszej osoby chodzącej o lasce/ludzi niosących ciężkie, szeleszczące reklamówki/bezdomnych ciągnących wózki i tak dalej. Choć takie lęki mogą się pojawiać szczególnie u dorastających psów (okresowo) bądź u psów po przejściach (na skutek jakichś przeżyć), to jednak pies, który ma na dłuższą metę mieszkać w mieście, powinien być uczony odpowiednich zachowań. W cięższych przypadkach, gdy sobie nie radzimy, powinniśmy po prostu pójść po poradę do specjalisty. 
I na koniec: dla osób, które obawiają się, że sobie nie poradzą, polecam rozmaite kursy właśnie dla miejskich psów. Jest ich coraz więcej w całym kraju, dlatego warto dowiedzieć się, czy i w naszym sąsiedztwie nie ma podobnego kursu. 

Psiarz – nie tylko prawa, również obowiązki

Do notki tej zachęciło mnie to, co ostatnio się wokół mnie dzieje – w życiu codziennym, ale również na FB czy na forach. Okazuje się bowiem, że psiarze mają postawę typowo roszczeniową. Mianowicie, widzą masę swoich praw – a kiepsko zauważają również swoje obowiązki. Jest to temat burzliwy, ale nie tylko ja zauważam takie tendencje – ostatnio napisała o tym również evel tutaj. Ale, przejdźmy do rzeczy.
Najlepiej roszczeniową postawę psiarzy widać jednak w mieście. Otóż skarży się wielu takich, że miasto zamyka kolejne przestrzenie dla psów i ich tam nie wpuszcza. Kolejno zamykane – również we Wrocławiu – są parki, placyki. Na właścicieli psów nakłada się kolejne ograniczenia: a to zawsze na smyczy, a to kaganiec koniecznie. Nie przy każdym ogródku barowym można usiąść na piwo w towarzystwie znajomych z psem. Dlaczego? Oczywiście, teoria spiskowa brzmi: ludzie są podli, przeszkadzają im biedne pieski, chcą je wytępić. Szkoda, że nikt nie pomyśli, dlaczego takie zakazy wchodzą w życie. I nikt nie widzi swojej winy, gdy w zadbanym parku idzie sobie z psem, pies zrobi kupę, no i kupa sobie tak zostaje. „Przecież się rozłoży”. A zanim się rozłoży, zwłaszcza taka po psie karmionym suchą karmą, to wdepnie w nią sto osób, w tym pewnie i psiarz, który chce posprzątać po swoim psie i natknie się na minę. O sprzątaniu więcej pisałam również tutaj. Argumentów przeciwko temu, żeby sprzątać, jest tyle, ile tylko ludzka wyobraźnia jest w stanie wytworzyć. I niestety – kilku takich niesprzątających psiarzy robi o wiele większe wrażenie niż kilku takich sprzątających. Bo ludzie często w takich sytuacjach łatwiej zapamiętują to, co gorsze, i co częściej widzą. 
Kolejna sprawa – pies zawsze na smyczy. Dziwi to psiarzy zwłaszcza w parkach miejskich, które przecież – jak wiadomo nie od dziś – zostały stworzone po to, aby jaśnie psiarz mógł spuścić ze smyczy swojego psa i siać postrach. Faktem jest, że większość ludzi puszcza psy totalnie niewychowane. Ostatnio nawet natknęłam się na dyskusję o tym, że dziewczę ma młodego amstafa, który kocha ludzi, no i biega sobie za rowerzystami, biegaczami. Jakież było oburzenie, gdy stwierdziłam, że w  końcu ktoś takiemu psu pojedzie gazem po oczach – i będzie miał całkowitą rację. Wszak nie każdy musi psy lubić. Niektórzy nawet się ich boją – również tych najmniejszych, również szczeniaków. Mają do tego święte prawo, tak samo jak do tego, żeby móc sobie biegać w parku czy jeździć na rowerze. Jak powszechnie wiadomo, przestrzeń publiczna jest publiczna, to znaczy przeznaczona dla każdego. I nie widzę powodu, aby ktoś miał być terroryzowany przez psiarza, któremu nie chce się zająć własnym psem. Kiedyś na mnie osobiście skoczył w centrum Lublina dość duży pies. Skoczył mi z rozpędu, do twarzy, oczywiście się przewróciłam. Dlaczego skoczył? Jak mi wyjaśnił właściciel – „trzeba było nie jeść”. A szłam i jadłam – bodajże drożdżówkę jakąś. No i pies zobaczył czy poczuł, pocwałował, wyrwał. Przy okazji mnie przewrócił, wybrudził i przestraszył, choć psów się nie boję – ale gdy cwałuje na mnie duży pies, nad którym nikt nie sprawuje kontroli, to skąd mam wiedzieć, co mu świta w głowie? Właściciel nie dość, że nie pomógł mi wstać, nie przeprosił, nie spytał, czy nic się nie stało – to jeszcze mnie opieprzył. Czy to wina psa? Nie. To wina jego pana – idioty. Czy to zdarza się często? Na pewno nie. Czy to wpływa na to, jak postrzega się psiarzy? Zdecydowanie tak – bo okazuje się, że psiarz nie dość, że nad psem nie panuje, to jeszcze cham. 
Aspekt zawsze na smyczy dotyczy również podbiegania do innych psów. Ostatnio wiele mówi się o Yellow Ribbon Dog Project. Ja jestem zdania, że w Polsce nie ma to prawa bytu – choćby dlatego, że większość psów, które podchodzą do mojego psa, jest luzem, często nawet bez właścicieli w zasięgu wzroku. Każdy, kto ma psa problemowego albo ze schroniska przyzna, że najwięcej pracy psują właśnie podbiegacze. Mało tego – na grzeczną prośbę o zabranie psa można usłyszeć wszystko, od „on się tylko chce bawić” po groźby. Psa zabiera może 10% osób. No bo po co przyspieszyć, po co wprawić w ruch mięśni, po co szarpać się z nienauczonych chodzenia na smyczy psem, skoro można puścić i olać? Bo w końcu „on nic nie zrobi”. 
Kolejna sprawa, która szczególnie mnie bulwersuje. Dziś natknęłam się na historię o suczce, którą w lesie ktoś postrzelił i trzeba było ją uśpić. Sprawa bulwersująca. Sądząc po oburzonych komentarzach, wyklinających myśliwych pod niebiosa sądziłam, że pies biegał z właścicielem po lesie, a jakiś myśliwy strzelił, mimo że widział tuż obok psa tego właściciela. Czyżby? Jednak nie. Otóż suczka sobie uciekła. I najpierw nawet jej za bardzo nie szukano, bo „pewnie poszła na wieś i niedługo wróci”. No, ale nie wróciła. No to zaczęto jej szukać. W końcu się znalazła – wówczas było już za późno. Diagnoza: postrzelenie. Czy ktoś widział, kto strzelał? Nie. Ale z założenia, według wielu osób, na pewno był to myśliwy. Podobna sytuacja miała miejsce jakiś czas temu, gdy zastrzelono dwa psy. Właściciele poszli z nimi luzem do lasu, psy gdzieś pobiegły, nie wracały, to właściciele wrócili sobie do domu. W końcu pies drogę do domu zna, to wróci, nie? No nie, nie wrócił. I jakkolwiek uważam za bulwersujące strzelanie do psów i jestem zdania, ze winny powinien karę ponieść – to jestem też za tym, aby karę ponieśli właściciele. Ale i tak najlepszy był komentarz ogólnopolskiej organizacji prozwierzęcej do całej sytuacji. Otóż wyłuszczyli oni bardzo dokładnie, że strzelanie do psów jest przestępstwem. I pouczyli psiarzy, co by dochodzili swoich praw. Natomiast dziwnym trafem nie napisali, że puszczanie luzem psów w lesie jest zakazane według prawa. Niestety, spotkałam się z wieloma przypadkami pogryzień i zagryzień zwierzyny leśnej – bezpośrednio i pośrednio. W wielu przypadkach udało się znaleźć „winowajców”; w innych ludzi sami dzwonili np. do organizacji i mówili, ze ich pies zagryzł sarnę, a oni znaleźli niedaleko koziołka, który nie doczeka się już na matkę. Prawda jest taka, że ataki psów bezdomnych na zwierzynę – ataki, które są powodowane głodem – są niezwykle rzadkie. Zazwyczaj atakują psy „domne” – na przykład puszczone luzem po wsi. Ale również takie, które jeżdżą na spacery do lasu i biegają tam luzem. Znam naprawdę niewiele psów, które są nauczone odpowiedniego zachowywania się przy zwierzynie. A jeszcze mniej takich, które na uciekającą, zauważoną zwierzynę nie zareagują. I tak okazuje się znów, że psiarz ma prawo domagać się sprawiedliwości i przestrzegania prawa, ale już sam nie ma obowiązku w swoim mniemaniu tego prawa przestrzegać. A prawda jest taka, że gdyby 90% tych zastrzelonych psów było na lince, smyczy czy było dopilnowanych, to by żyły po dziś dzień. Czas, aby właściciele zdali sobie z tego sprawę i wzięli na siebie odpowiedzialność za śmierć własnego psa.
I jeszcze jedna sprawa, która uważam, że jest często pomijana. Wiele osób przychodzących do schroniska nie chce brać psa, ponieważ boi się obsikanych i zniszczonych drzewek, krzaków (swoją drogą, jest to też poniekąd mit, ze suczki takich rzeczy nie robią). W mieście co rusz natomiast spotykam się z obsikanymi kołami samochodów, koszami na śmieci, elewacjami budynków, ba! Ostatnio widziałam nawet, jak państwo pozwalali labradorowi nalać na kwiaty wystawione przed ogródek kawiarniany na Rynku we Wrocławiu. Mierzwi mnie to ogromnie, ponieważ, jakby nie było, psi mocz jest w stanie zniszczyć wiele rzeczy. Wychodzę z założenia, że mieszkając w domu jednorodzinnym, nie chciałabym mieć obszczanego ogrodzenia; mieszkając na parterze w bloku, nie chciałabym, aby psy sikały mi tuż pod oknem; mając samochód, nie chciałabym mieć obsikanych i zniszczonych opon. Dlatego też, drodzy psiarze, zastanówcie się – jaki to problem przetransportować psa do skrawka zieleni, aby tam się załatwił? Rozumiem, ze może się zdarzyć. Rozumiem, że szczeniak czasem naleje, bo musi; że pies za długo trzymał i teraz nie zdąży dojść do krzaczka. Ale kurczę, no pies załatwia się trzy-cztery razy dziennie. To jest niemożliwe, żeby nigdy nie mógł zdążyć. Ot, psiarz ma prawo – bo to „tylko pies”. 
Drodzy psiarze, apeluję więc jako właścicielka psa: nie bądźcie chamami i niech Wam się nie wydaje, że cały świat będzie Wam schodził z drogi, bo macie psa. To WY macie psa, więc jest Waszym obowiązkiem – przede wszystkim obowiązkiem. Natomiast dwóch idiotów z psem sprawia, że ośmiu porządnych psiarzy cierpi. Może czas to przemyśleć. Jeśli chcecie więc więcej praw, najpierw dopilnujecie swoich obowiązków.