W świecie psiarzy nie od dziś toczy się podjazdowa wojna między właścicielami małych a dużych psów. Choć zazwyczaj psiarze są dość zgodni, jeśli chodzi o prawa zwierząt, to okazuje się jednak, że wielu posiadaczy małych psów uważa, że ich czworonogom wolno więcej, ponieważ… są małe. Jako właścicielka małego, białego jack russell terrierka pędzę więc z wyjaśnieniami – nie, małemu nie wolno więcej. Pies to pies, jak stwierdziła mądrze 2-letnia chrześnica mojego M.

Stereotypowo uważa się, że małe psy są rozwydrzone, szczekliwe, często-gęsto agresywne, a do tego wolno im wszystko i mają o wiele większe prawa, niż inne psy. W zasadzie jest w tym nie tylko ziarnko pieprzu, co raczej ziarno moreli prawdy. Ale nie wynika to z faktu, że mały pies jest mały, a z tego, że właściciel małego psa często zgubił gdzieś po drodze umiejętność myślenia, zdrowy rozsądek i wyobraźnię, a z psa próbuje zrobić człowieka, albo przynajmniej nad-psa. A i otoczenie często traktuje małe psy jako inny gatunek niż psy większe. Przykład? Jak tylko zabronię czegoś małemu białemu (np. podbiegnięcia do ciumkacza, co robię notorycznie), albo go pochwalę za to, że nie podbiega, to słyszę „paaaaani, pani go puści, on taki małyyyyyy i słooodkiiii”. Podejrzewam, że gdybym szła z dużym psem, jeszcze o groźnym wyglądzie i najlepiej czarnym (czyli: przykładowo kopiowanym dobermanem), to raczej bym tego nie usłyszała, a w zamian mogłabym dostać kąśliwą uwagę, że TAKIE psy to trzeba uśpić, a w ogóle to gdzie on ma kaganiec?!
Tymczasem mały pies również ma zęby. Owe zęby nie są z gumy, tylko są prawdziwymi, zwykłymi zębami, które mogą wyrządzić krzywdę. Z moich obserwacji oraz obserwacji moich znajomych wynika, że to właśnie małe psy częściej są puszczane luzem bez nadzoru, bo „są małe i nic nie zrobią” i dodatkowo są agresywne i szczekliwe, nadrabiając głosem rozmiary (co wynika z jeszcze innej kwestii, ale o tym poniżej). Duże psy częściej są opanowane, częściej też ostrzegają niż łapią zębami, za to małe potrafią robić całą partyzantkę, byle tylko urąbać w kostkę. I nie jest to absolutnie ich wina.
Dlaczego? Dlatego, że ludziom wydaje się, że małego psa nie trzeba wychowywać czy szkolić. Ba! Wiele osób uważa, że szkolenie małego psa to znęcanie się nad biedactwem, a jego wychowanie to zbrodnia przeciw całemu gatunkowi – bo on jest taki mały i słodki! Wynika to poniekąd z wrodzonego lenistwa ludzkiego – nawet, gdy mały pies pociągnie na smyczy, to nie jest to jakoś specjalnie odczuwane; gdy pociągnie duży, to można co najwyżej zaryć facjatą w chodnik, więc człowiek robi wszystko, aby pies na tej smyczy nie ciągnął – i to dotyczy wszystkich zachowań niepożądanych. Nieraz spotykałam się z opinią zupełnie obcych ludzi, którzy nas mijali, ze jestem nieludzka i okrutna, bo nie daje psu robić tego, co mu się żywnie podoba. Ano, nie pozwalam – bo pies to pies, nieważne, czy mały, czy duży.
Część posiadaczy małych psów, co zauważyłam ostatnio, uważa, że nie musi sprzątać po swoim psie, bo… pies jest mały, więc i robi małą kupę. Zupełnie, jakby jej rozmiar miał wpływ na to, czy leży na trawniku albo chodniku (ostatnio u nas pod blokiem, w centrum Wrocławia), czy też za pomocą małych wróżek wyposażonych w wagę ulatuje w powietrze.
Zupełnie poraża mnie natomiast kwestia agresji u małych psów, która niejednokrotnie jest wzmacniana właśnie przez właścicieli. Przykładowo: pies wyrywa się na smyczy do innego psa, a dumna właścicielka cieszy się, że on „taki odważny” i „do takiego dużego się nie boi podskoczyć”. Tyle, że jak kiedyś trafi swój na swego, to z pieseczka wiele nie zostanie, gdy odważy się podskoczyć do takiego dużego, co to nie przebiera w środkach. Druga sprawa: „on nic nie zrobi”. Nie wiem, czy zauważyliście, ale często słychać to wówczas, gdy biegnie do nas małe, zjeżone coś. Wtedy dowiadujemy się, że on się tylko chce przywitać/pobawić, a jak nagle rzuca się z zębami, to jedyna reakcja właściciela to: „ojej!” Ewentualnie: „on tak tylko do złych ludzi” (autentyk).
Małe psy, według myślenia wielu osób, powinny chodzić na smyczy przy nodze, powinno wystarczać im 3×5 minut wokół bloku, a w ogóle jest cacy, gdy robią w kuwetkę, bo jeszcze ten problem znika. Mały pies może szczekać, bo jest mały. Można go wnieść do sklepu, bo jest mały. Może być niegrzeczny, bo jest mały (i to jest taaaaakie podobno urocze). I trzeba mu dawać dużo jeść, niech tyje jak baryła – bo jest mały i tak patrzy!
Doskonałym przykładem na taki stereotyp małego pieska są yorki. Biedne teriery, z których zrobiono zabaweczki do noszenia pod pachą. Połowa właścicieli pseudo-yorków umarłaby na zawał, gdyby się dowiedziała, że ich ukochany piesek pierwotnie był psem biedoty angielskiej, który został stworzony po to, aby łapać szczury i pilnować zagród w gospodarstwach rolnych, ew. służyć za wycieraczkę w młynach i zakładach włókienniczych. Moja bliska przyjaciółka ma dwa psy tej rasy, oba z adopcji – jednego w typie (charakter raczej nie-yorkowy) i jednego rodowodowego. Każdy, kto kocha stereotyp małego pieska, łapie się za głowę, gdy je widzi – ścięte na krótko, biegające za piłką, słuchające komend i nie-daj-borze-szumiący narażone na słuchanie przekleństw, gdy sobie pofolgują! Tymczasem one takie są szczęśliwe – i nie są szczekliwe, nie są agresywne, nie podbiegają do ludzi i psów, nie demolują mieszkania, za to się słuchają i są posłuszne. Cud? Nie! Wychowanie. Bo pies – to pies.
Close Menu