Małe białe kocha piłeczki. No dobrze, wręcz uwielbia, dostaje na ich widok świra i tak dalej. Każda piłeczka jest fajna, ale niektóre są fajniejsze od pozostałych 😉 Jednak każda piłka, aby mogła być używana w naszym domu, musi spełnić pewne oczekiwania. Płyną one z dwóch stron, więc wyzwanie jest jeszcze trudniejsze, niż mogłoby się zdawać.

Psie oczekiwania są dość jasne. Małe białe nie dba o kolor czy dodatki na piłeczce, za to dla niego idealna piłeczka musi piszczeć. Im bardziej denerwująco piszczy według mojej skali, tym bardziej jest fajna dla małego białego. Szczególnie pożądane są te piszczące przeraźliwie, cienko i wysoko. Prócz tego, piłka musi być fajna do memłania. Pies, zanim piłeczkę przyniesie z powrotem, to musi ją porządnie wymemłać w pysku, przeżuć (najlepiej, aby wydawała wówczas miliardy pojedynczych i następujących po sobie seriami pipnięć, które niezmiernie irytują całe otoczenie). Piłeczka musi być również dość przyjemna dla psiej mordy. Na przykład takie tenisowe nie są przyjemne z jakichś powodów (pomijam fakt, że są włochate, więc sto tysięcy rzeczy się do nich przyczepia na dworze, a pies wówczas robi minę „chyba Ci się coś poprzewracało, jak myślisz, że wezmę to do pyska”). Za twarde też nie są fajne. Panicz jest wybredny.
My również ze swojej strony mamy pewne wymagania. Pierwsze z nich brzmi: niech piłka przeżyje choć jakiś czas. Były takie, które umierały po jednej zabawie; takie, które już nie nadawały się do dalszej zabawy powiedzmy po miesiącu. Jeśli miałabym gwarancję, że jakaś piłka będzie odpowiadała małemu białemu i jednocześnie będzie trwała i zachęcająca do zabawy, to byłabym w stanie w nią zainwestować i większą sumę. Niestety, okazuje się, że to, co według ogólnie przyjętych norm jest trwałe, dla białego zwykle właśnie trwałe nie jest. I szybko umiera. Drugą ważną zasadą jest to, aby piłka piszcząca miała tak tę piszczałkę zamontowaną, żeby ta nie wypadała. Albo nie dawała się wygryźć. Najczęściej jedno wiąże się z drugim 😉 Kolejna zasada – piłka łatwa w czyszczeniu i niekoniecznie brudząca się od błota/żwiru/poszycia leśnego/niezbyt czystych zbiorników wodnych. No i ostatnia w sumie zasada: piłka nie może mieć zbyt wielu wystających elementów, albo – jeżeli takie elementy ma – to nie mogą się one dać łatwo odgryźć. Ogólnie piłka musi być dość wytrzymała pod względem niszczenia za pomocą zębów, czy to przy memłaniu, czy też przy np. wiszeniu (tak, małe białe wisi na piłce).
I tak oto znaleźliśmy piłkę idealną. Był to zupełny przypadek – młody miał okazję bawić się podobną piłką na wakacjach, gdy biegał sobie w wyścigach ze znajomymi yorkami (TAK, yorki biegające za piłką!). Potem piłeczkę znaleźliśmy na stoisku na wystawie i zaryzykowaliśmy. Cena jej jest dość niska, jak dla nas atrakcyjna (planujemy zakup jeszcze kilku takich piłek), a i można te piłeczki z Trixie znaleźć w zasadzie wszędzie – w sklepach, na necie, na wystawach czy różnych imprezach zoologicznych. Do plusów można zaliczyć fakt, że piłka jest lateksowa, a więc nawet w razie, gdy będzie pogryziona, ryzyko zalegania kawałka w żołądku czy jelitach nie jest jakieś specjalnie duże, jak w przypadku innych piłek. Pominę fakt, że jak dotąd małe białe nie znalazło sposobu, aby ową piłkę unieszkodliwić – piszczałka jest jakby „zalana” lateksem w środku, wystające elementy nie dają się zębom jacka. Młody dotąd nie ugryzł tej piłki porządnie, użytkowana od września prawie nie ma śladów (prócz małej dziurki, którą zrobił, jak na niej wisiał i która absolutnie w niczym nie przeszkadza). Piłka ładnie się odbija, choćby od psiego nosa przy próbach łapania czy od ziemi przy rzucaniu, a jest tak lekka, że nie zrobi krzywdy. Wydaje dźwięk wysoki, ale nie denerwujący, poza tym każda z tych piłeczek wydaje inny dźwięk, jak ktoś się nie wstydzi testować w sklepie (ja już przywykłam), to można sobie wybrać. Co ważne, pyszczek piszczy bardzo długo (wszystkie dotychczasowe piszczące piłki przestawały posiadać tę funkcję po maksymalnie 2 tygodniach). Na wodzie pływa, nie tonie, co też jest plusem. Łatwo się ją myje nawet pod bieżącą wodą. Przeżyła i jesień słoneczną, i deszczową, i nawet 20 stopniowy mróz – nic jej nie jest.
Jednym słowem – polecamy!

 

Close Menu