Tymczasy: merlakowi bracia Charlie i Bolek

Dziś kolejna odsłona powrotu do przeszłości, czyli kolejne tymczasy, którego chciałabym dla Was opisać. Dziś te tymczasy są dorosłymi, sprawnymi psami, które urosły nieco bardziej niż przewidywaliśmy – i mają się dobrze we własnych domach. Ich początki nie były jednak takie wesołe…

Matka? Zabita łopatą

To doskonały przykład na to, jak bardzo nie sprawdza się teza dotycząca tego, że ładny pies ma łatwiej. Matka Charliego i jego brata, Bolka, była podobno bardzo ładna, niespotykana, w umaszczeniu merle. Niestety, żywot jej skończył się wraz z powiciem miotu gdzieś na podlubelskiej wsi – „właściciel” porzucił szczeniaki, bo były mu niepotrzebne, zaś ich matka dostała łopatą w łeb za to, że była suką i zaszła w ciążę. Ot, typowy wsiowy obrazek, gdzie buraczany właściciel ze słomą wystającą z butów woli dać psu w łeb za coś, czego sam powinien dopilnować. Gdy więc przyjechałyśmy do schroniska, zastałyśmy w nim dwa małe merlakowe srajtki, jednego dwa razy większego od drugiego – a oba bardzo spragnione kontaktu. Na początku trudno było mi podjąć decyzję, bo mieszkałam wtedy z przyjaciółką, która często bywała poza domem, a jednak takie maluchy w tym stanie potrzebowały opieki – ale jak można było się nie zlitować? I tak właśnie rozpoczęły się tygodnie walki o zdrowie małego Charliego i troska o domy dla obu panów.

Charlie, ciemniejszy z braci, określony jako czekoladowy merle, nie ważył nawet 1 kg. Widać było, jak bardzo jest osłabiony, bo nawet po kilku dniach pobytu u mnie w domu i wzmocnienia nadal nie miał za wiele siły fizycznej w małym ciałku. Był jednak od początku psem delikatnym, spokojnym, raczej wrażliwym. Lepiej reagował na ludzi niż na psy, bardziej do nich lgnął, co chyba było zasługą jego większego brata.

Bolek vel Fircyk, jak go początkowo nazwałyśmy, był dwukrotnie większy od swojego brata i ważył coś ok. 2 kg; miał też jaśniejsze umaszczenie, coś w stylu blue merle. W odróżnieniu od niego postanowił chyba przebojem zdobywać świat, bo wszędzie był pierwszy, zawsze chciał wszystko mieć dla siebie, a jego zabawa z człowiekiem nie należała do delikatnych. Był bardziej nastawiony na kontakt z psami niż z ludźmi, a jednocześnie był przy tym tak uroczy, że trudno było się w nim nie zakochać.

Kleszcze większe niż pies

Można powiedzieć, że chłopaki mieli szczęście – obaj mieli po kilka kleszczy, ale mimo to żaden się nie pochorował. Gdy pozbyliśmy się również innych lokatorów, głównie skaczących, dostaliśmy jasne instrukcje: ścisła kwarantanna, karmienie mniejszego co 4 godziny w dzień i w nocy, dożywianie witaminami, no i może  z tego wyjdzie. Bolek miał więcej szczęścia, a może po prostu bardziej umiał walczyć o swoje: on był małym, rozrabiającym, ale zdrowym szczeniakiem, który okrutnie znęcał się w zabawie nad swoim bratem. Większość czasu spędziłam więc, siedząc z książką na podłodze prowizorycznej zagrody dla szczeniaków i obrywając po rękach ostrymi jak igiełki zębami Bolka, ratując przed jego impetem Charliego. A było przed czym ratować: Bolek ważył ok. 2 kg, natomiast jego bratu waga nie pokazała nawet kilograma! Dodatkowo, Bolek pokonywał świat, śmiejąc mu się w twarz, podczas gdy Charlie uważnie stawiał każdy krok w obawie przed tym, że znów upadnie.

Chłopaki w pierwszych dniach postanowili obalić mit o tym, jakoby rozgotowany ryż był najlepszym wypełnieniem gotowanego żarcia dla piesków: dostali po nim takiej biegunki, że wietrzyłam mieszkanie kilka godzin. Dobrze, że byli mali, nie musiałam też szorować wielu metrów. Dodatkowo, szybko okazało się, z czego wynika dobry wygląd Bolka: on po prostu pierwszy dopadał do miski i wymiatał z niej w pięć sekund wszystko, co tylko mógł, przenosząc się następnie do miski obok i wyjadając jedzenie bratu.

Rozdzielenie i czołgający się merlak

Tylko Evel (obecna pańcia Zu i Rejwena) jest w stanie potwierdzić, jak wiele energii miał w sobie Bolek. Co więcej, o ile byłam w stanie czuwać nad jego kontaktem z bratem i wymęczać go regularnie zabawą, problemu nie było – gdy tylko musiałam zająć się czymś innym, Charlie zaczynał bawić się bratem, co ostatecznie kończyło się na skowycie i piszczeniu, bo zabawa kogoś dwa razy większego, gdy nie jesteś w pełni sprawny fizycznie, nie jest przyjemna. W związku z tym, że Bolek miał się całkiem dobrze, ale potrzebował indywidualnej opieki i – najlepiej – kontaktu dorosłego psa, znaleźliśmy mu dodatkowy DT, w którym mógł spędzić jakiś czas.

248605_147752365298306_4242781_n

Sytuacja Charliego nie była taka różowa. Największym problemem było zdecydowanie niedożywienie, które powodowało z jednej strony, że po zbyt dużej dawce jedzenia natychmiast była biegunka i wymioty, a z drugiej, że tylne łapki Charliego praktycznie nie działały w sposób prawidłowy. Maluch nie był w stanie dłużej ustać, łapki się rozjeżdżały, gdy biegł, a tył zupełnie nie był podparciem podczas jedzenia. Z tego powodu weterynarz dostarczył nam specjalną karmę w formie pasty, którą rozrabialiśmy z przygotowanym jadłospisem i witaminami. Zaczął się okres intensywnej rekonwalescencji Charliego. Poniżej znalazłam filmik, który nagrałam, gdy mały był już u mnie któryś dzień z kolei – widać, jak jest słaby, mimo iż ma chęć do zabawy.

Będzie rozwód?

Przyznam, że Charlie był wymagającym podopiecznym. W związku z tym, że został teraz u mnie sam, dostał owiniętą w kocyk butelkę wypełnianą regularnie ciepłą wodą, do której tulił się pod moją nieobecność. Wszystko, co dostawał do jedzenia, wymagało przygotowania: twaróg, mięso ugotowane i rozdrobione, warzywa i dodatki. Oczywiście, trzeba było to robić na bieżąco. Karmienie było też w nocy, dlatego co ok. 4 godziny przez kilkanaście dni wstawałam w nocy i robiłam jedzenie, a potem pilnowałam, aby nie było zbyt szybko zjedzone. Nie pomnę, ile razy zaspana wdepnęłam w wysikane kałuże – na szczęście, niewielkie. Mój ówczesny – i zarazem obecny – wybranek przestał mnie odwiedzać w godzinach nocnych, bo byłam zajęta niańczeniem szczeniaka, i już myślałam sobie po cichu, że będzie „rozwód”, gdy któregoś dnia zastałam go tulącego Charliego i mówiącego coś do niego po męsku. Udałam, że nie widzę (wydało się!), ale ucieszyłam się też, że rozwodu jednak nie będzie 🙂

Ostatecznie, po kilkunastu dniach kondycja Charliego poprawiła się na tyle, że mógł szukać swojego domu. Został odrobaczony, miał założoną książeczkę i pojechał do nowego DT, socjalizować się z dorosłymi psami – okazało się to dla niego bardzo przydatne, a dodatkowo zapoznał się na spokojnie z życiem na dworze. Znacznie poprawiła się jego kondycja, co możecie zobaczyć na fotce powyżej, w porównaniu do zdjęcia z początku notki, gdzie mały jest u u mnie na rękach, a raczej – mieści się w jednej dłoni.

Dobre domy

Charlie niedługo posiedział w drugim DT, bo po wizycie przedadopcyjnej i dopełnieniu formalności pojechał z Lubelszczyzny aż nad morze, gdzie mieszka do dziś. Korzysta ze spacerów w lasach i na wybrzeżu, a także przeszedł operację wilczych pazurów na tylnych łapach, gdy tylko był na tyle silny, aby móc poradzić sobie bez problemu ze znieczuleniem.

Nie gorzej trafił Bolek, który ze swojego drugiego DT w Warszawie pojechał wprost do domu w Gorzowie. Dziś ze swoją panią, znanymi sobie czworonogami i ich właścicielami podróżuje praktycznie tam, gdzie tylko nogi i łapy ich poniosą. I ma się całkiem dobrze jako jedyny, ukochany pies.