Sztuczki – po co uczyć ich psa?

Nie oszukujmy się – sztuczki w psim wykonaniu uważane są przez wielu za głupkowate zapełnianie czasu. Niejednokrotnie słyszałam, że lepiej jest skupić się wyłącznie na posłuszeństwie zamiast ćwiczyć sztuczki bez żadnej wartości. I dziś, po kilku latach bardzo cieszę się, że nie ugięłam się pod tymi opiniami. Dlaczego?

Obiektywnie rzecz biorąc sztuczki są mniej istotne niż to, aby pies dobrze się zachowywał na spacerze. Nikt jednak nie mówi, że jedno jest alternatywą drugiego. To, że ćwiczymy podstawy posłuszeństwa nie sprawia, że nie możemy robić z psem sztuczek – i odwrotnie. Co więcej, ja jestem zdania, że ćwiczenie sztuczek bardzo korzystnie może wpłynąć na inne aspekty życia z psem. Po co więc uczę psa sztuczek?

Budowanie kontaktu z psem

Nie każdy pies ma taki sam charakter. Podczas gdy jeden będzie nastawiony głównie na człowieka, drugi będzie go miał raczej daleko w tyle, wkurzając się, że coś ciężkiego dynda mu na drugim końcu smyczy, nie pozwalając na pewne rzeczy. Tak było u nas – na początku trafił się nam pies, który był cudownie socjalny z innymi, ale człowieka nie respektował praktycznie wcale. Zwłaszcza na spacerach. Nauka sztuczek powoli to zmieniła, bo pozwalała nam budować kontakt. Pies zaczynał uczyć się, że współpraca z człowiekiem jest opłacalna i ciekawa. Stwierdzał, że ten człowiek czasem chce coś sensownego i może warto zwrócić na niego uwagę – i to nie tylko w domu, gdzie przecież ten kontakt był całkiem dobry.

sztuczki

W praktyce Mały Biały na początku w domu zainteresowany był przede wszystkim jedzeniem. Dlatego właśnie robienie sztuczek i nauka podstawowych komend przyszły nam z pomocą, gdy próbowaliśmy przekonać psa do tego, że z człowiekiem warto współpracować. Po kilku próbach nagradzanie jedzeniem zaczęło kojarzyć się psu przede wszystkim ze współpracą z człowiekiem. Z nauką sztuczek zostało połączone „spalenie” miski, więc całe jedzenie było wydzielane z naszych rąk. I to naprawdę dało coś fajnego.

Podstawy posłuszeństwa

Z jakiegoś powodu ostatnio wszystko jest „sztuczką” – zarówno podawanie łapy, jak i robienie salta czy… siadanie. Tymczasem do dziś pamiętam, że największą radość miałam, gdy pies ogarnął, że jednym ruchem może podnieść się z leżenia do siadu. Te osławione „sesje sztuczkowe” to również świetna okazja do powtarzania i wyrabiania mechanicznego odruchu przy podstawach posłuszeństwa. Dzięki temu na początku pies nie postrzegał konieczności siadania jako czegoś, co jest wymuszonym posłuszeństwem i przerwaniem dotychczasowej czynności – dla niego była to świetna zabawa, która dobrze sprawdzała się w różnych okolicznościach. To sprawiło, że siadanie stało się dla nas też sposobem na psie ogarnięcie – gdy widział coś niezwykle ciekawego, komenda „siad” sprawiała, że był nastawiony na fajną zabawę i kierował swoją uwagę na nas. Podstępne, ale przyjemne i skuteczne 😉

Sztuczki z drugim dnem

Kiedy jedziemy do mojego rodzinnego domu, to dla mojej kochanej Babci liczy się przede wszystkim to, że piesek jest słodki i daje łapkę. Faktycznie, to jest słodkie – ale dla mnie także użyteczne. Niektóre sztuki, których uczymy, prócz przeznaczenia raczej rozrywkowego posiadają również praktyczną odsłonę. I tak, „łapka” regularnie przydaje się nam w okresie jesienno-zimowym, gdy czyścimy łapy po spacerze, czyli od kilku tygodni praktycznie codziennie po kilka razy. No tak, ale to jest oczywiste.

Nauczyliśmy też takiej sztuczki, której efekty możecie zobaczyć poniżej. Ładnie pozwala na prezentowanie różnych smacznych dla pieska rzeczy na zdjęciach, choć ta funkcja odpowiada raczej mi. Tymczasem jednak nasze „zostaw”, które działa dziś zarówno w domu, jak i na dworze, wyćwiczone było właśnie w ten sposób – a zjadanie śmieci to problem, z którym, wnioskując z Waszych wiadomości, musicie często borykać się u swoich psów. Pies ostentacyjnie odwraca głowę na widok żarcia po usłyszeniu tej komendy, a to na wielu osobach robi wrażenie. Jeszcze bardziej jednak jest przydatne, jeśli jesteście taką sierotą jak ja – robicie sto rzeczy naraz, a wśród nich jest jedzenie kanapki w taki sposób, że pomidorek z szyneczką lecą wprost do psiego pyska. A tymczasem „zostaw” załatwia sprawę, pies – nawet jeśli planował zjeść – to po prostu się wycofuje. I wtedy dostaje nagrodę 🙂

arden grange, biały jack russell terrier, sztuczki

Najgorsza zmora w życiu z psem…

W naszym przypadku to zdecydowanie przywołanie. Łzy cisną mi się do oczu, gdy sobie przypomnę, jak załamana byłam na samym początku – pies w ogóle nie reagował na wołanie. Tzn. reagował na wszystko, tylko nie na wołanie. Niezależnie, kto go wołał – ptaszki, pieski, zapaszki, szum wody, szeleszczenie liści… to wszystko było ważniejsze. I może zabrzmi to dziwnie, ale to właśnie sztuczki sprawiły, że nasze przywołanie uległo znacznej poprawie. A raczej – wzmacniane przez sztuczki więzi, które doprowadziły do tego, że dziś Mały Biały w licznych sytuacjach może biegać luzem. Jak do tego doprowadziły? Na dwa sposoby. Z jednej strony wzajemne zaufanie jest na tyle silne, że pies nie rozstrzyga przychodzenia w kategorii czegoś, co mu odbiera jakieś możliwości. Wie, że może przyjść i nie oznacza to niczego złego (np. końca spaceru), a jednocześnie, że może to oznaczać coś fajnego (czyli nagrodę). Z drugiej strony to ja, dzięki powtarzaniu sztuczek, nauczyłam się psa „czytać” na tyle, aby wiedzieć, kiedy i w którym momencie może być puszczony, a kiedy muszę zwrócić uwagę na zwiększoną kontrolę. I choć z pewnością dla wielu to nadal zbyt duża uwaga skupiona na psie podczas spaceru (tak niedawno usłyszałam), to jednak na ten spacer idę głównie dla psa. Na czym więc innym miałabym się skupiać? 🙂 Oczywiście, temat przywołania to o wiele więcej starań i trudów – sztuczki jednak mocno się przyczyniły do postępów w tej dziedzinie.

Dlaczego to nic złego?

Nauka sztuczek to nic złego. Nie dajcie sobie wmówić, że nie powinniście ćwiczyć z psem sztuczek, bo to coś niepotrzebnego – nic, co robimy wspólnie z psem w pozytywnej atmosferze wzajemnego zaangażowania nie jest złe. Oczywiście, posłuszeństwo jest bardzo istotne, ale nikt nie mówi, że nauka posłuszeństwa powinna wykluczać ćwiczenie sztuczek – i odwrotnie.

sztuczki

Kiedyś usłyszałam, że nie należy uczyć psa sztuczek, bo staje się on „cyrkową zabawką”. Po pierwsze, określenie „cyrkowa” dziś źle się kojarzy i jest z pewnością nieadekwatne – w końcu pies nie żyje w warunkach cyrkowych, tylko spycha mnie z mojej własnej poduszki przez pół nocy. Po drugie, jakaż ujma na honorze dzieje się psu, gdy zaprezentujemy przed przyjaciółmi, jakie umie sztuczki? Ja swojego czasu ćwiczyłam sztuczki z Małym Białym na wrocławskim Rynku, tuż obok pręgierza. Ćwiczyliśmy chodzenie w kontakcie, ale również zostawanie, proszenie, skupianie uwagi, zostawianie żarcia itd. Część tych rzeczy była oparta na sztuczkach i ludzie byli zachwyceni, gdy widzieli psa, który robi susła. A ja byłam zachwycona, że ten pies, który nie chciał patrzeć na drugi koniec smyczy, teraz w tłumie ludzi, psów i gołębi jest w stanie się skupić i jest na tyle zmotywowany, aby być nastawionym na mnie. A to, że ludziom się podoba… Trzeba cieszyć się z małych rzeczy, ludzi wiecznie niezadowolonych nikt nie lubi 😉

A teraz największa bzdura, jaką usłyszałam – że sztuczki stanowią wymuszanie na psie czegokolwiek. I powiedziała to osoba, która na co dzień ćwiczy z psem – choć nie zawodowo – posłuszeństwo. Czym więc, pomijając osławioną wartość użytkową, różni się na płaszczyźnie „wymuszania” uczenie posłuszeństwa i sztuczek? Poszłabym nawet dalej – o ile posłuszeństwa nadal uczy się często z elementami niepozytywnymi, o tyle jednak sztuczki ćwiczymy zwykle albo z klikerem, albo pozwalając psu po prostu myśleć. Za niezrobienie sztuczki nie ma kary. Jeśli psu nauka idzie powoli, to nagroda jest nawet wówczas, gdy wykona ruch głowy czy oka w odpowiednim kierunku. Nie znam chyba drugiej tak przyjemnej, mało frustrującej z założenia, a jednocześnie pozytywnej metody na zbudowanie więzi, porozumienia i motywacji w kontakcie z psem.

Sztuczka… ze wszystkiego 

I tak na koniec, jeśli przyjmiemy, że sztuczka jest dla psa zachowaniem z gruntu nienaturalnym, i dlatego złym… To w zasadzie musielibyśmy w tę kategorię wrzucić prawie wszystko, czego psa uczymy. Np. aportowanie z odnoszeniem do ręki u psów, które nie mają do tego naturalnych predyspozycji; wracanie na zawołanie i odwołanie awaryjne u psów, które mają silny instynkt tropienia i pogoni; chodzenie przy nodze, kiedy pies tak naprawdę wolałby sobie pobiegać. Nie popadajmy więc w paranoję i stosujmy przede wszystkim zasadę złotego środka, ćwicząc z psem rzeczy, które oboje lubimy i cenimy.

 

 

  • PSIOLUBNI

    Też uważam że sztuczki są bardzo fajną formą nawiązania kontaktu z pupilem. Znam jednak psy, które potrafią wiele sztuczek a podstawowe posłuszeństwo bardzo mocno kuleje.
    Dla mnie zawsze na pierwszym miejscu było właśnie podstaweowe szkolenie (komendy, które są niezbędne) potem, aby rozwijać umysł i wzmacniać wzajemną więź, uczyliśmy i uczymy się sztuczek.
    🙂

    • Dlatego, tak jak pisałam, złoty środek jest podstawą – jedno nie wyklucza drugiego, a przynajmniej nie powinno 😉

  • Zgadzam się co do słowa:) Sztuczki są rewelacyjną formą spędzania aktywnie czasu z psem i zdecydowanie czymś więcej niż zwykła zabawa! Dla mnie szkolenie podstawowe szło w parze z nauką sztuczek – z jednej strony ćwiczyliśmy chodzenie przy nodze, przywołanie, siad itp., a pomiędzy tymi „poważnymi” komendami były obroty, podskoki i inne akrobacje 😉 Nadal tak robimy i jest ekstra!

  • Ja sztuczek uczę głównie po to, żeby mieć czym rozgrzewać psa przed tym, jak zabieramy się za poważne rzeczy 😛 To takie ćwiczenia, kóre pozwalają otworzyć mózg, zaangażować się, a jednocześnie nie liczy się w nich za bardzo dokładność, nigdy psa nie poprawiam, kiedy je wykonuje, kojarzą mu się jednoznacznie pozytywnie i np. ósemka między nogami to mój standard rozgrzewkowy na obidjęsach. 🙂

  • Przywoływanie to temat, z którym i my się borykamy. Z Lilką nie jest aż tak źle pod tym względem, jak było ze Stafkiem, ale jednak. Przez pierwsze dni pilnowała się idealnie a teraz przychodzi jak sama uzna za stosowne bo jeszcze nie traktuje nas na serio. Mam nadzieję, że trening posłuszeństwa, który obecnie uskuteczniamy, zmieni coś i w tej sytuacji. Bardzo dobrze się to czytało, pozdrawiamy!

  • ” choć z pewnością dla wielu to nadal zbyt duża uwaga skupiona na psie podczas spaceru (tak niedawno usłyszałam), to jednak na ten spacer idę głównie dla psa” Dzięki Ci za te słowa! Ja muszę być zmorą dla moich wszelkich psiółek-psiapsiółek jak idziemy na wspólny spacer, bo oprócz rozkosznego paplania trwam w zezie rozbieżnym: jedno oko na jednego, drugie na drugiego psa. Staram się, żeby nie były uciążliwe dla osób postronnych – często mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Twoje słowa nieco otworzyły mi oczy, że wcale nie jestem taka zła 🙂

    • Wszystko dla ludzi – ja jak idę z małżonkiem czy przyjaciółką, jak czasem do nas wpadną, to owszem, gadamy – ale i tak przerywamy i sobie, i nawzajem, żeby coś powiedzieć czy krzyknąć do psów. W innym przypadku poszłabym na spacer bez psa :p Ale wtedy miałabym wyrzuty sumienia, że co to, ja spaceruję, a pies w domu? 😉

  • Jamnik

    Pamiętam zadziwione miny dorosłych i uśmiechnięte twarze dzieci, kiedy na postoju, dla rozruszania, Perła się turlała, podawała łapki i się czołgała.