Psieprowadzka cz. 4: zadomowieni

Po prawie dwóch tygodniach od przeprowadzki można powiedzieć, że zadomowiliśmy się w nowym miejscu. Znamy już okolicę – w zasadzie to przede wszystkim ja musiałam ją poznać, łącznie z lokalizacją wszystkich możliwych sklepów. Również Mały Biały zapoznał się z okolicznymi trawnikami, ponieważ tereny spacerowe na dłuższe wyprawy znał już wcześniej, a w tym rejonie miasta bywał rzadziej. 

 

Nowe otoczenie, również to domowe, sprzyja kilku rzeczom. Przede wszystkim – pewne kwestie można ustawić od początku, jeśli wcześniej nam się nie podobały. Mówię tutaj choćby o przesiadywaniu na łóżkach, włażeniu do kuchni i temu podobnych kwestiach. U nas akurat jest dość duża wolność pod tymi względami: pies swobodnie wchodzi na łóżka, jeśli tylko chce, zresztą mamy dość chłodno, szczególnie przy podłodze, i nie mam serca zmuszać go do leżenia na podłodze – w tych rejonach korzysta jedynie z klatki. Również do kuchni ma swobodny dostęp, ale w trakcie, gdy coś robimy, musi siedzieć na krześle z boku albo ewentualnie, jeśli są ku temu możliwości, może wyglądać przez okno. Nie posiadamy balkonu, więc wyglądanie jest o wiele bardziej uszczuplone w porównaniu do tego, co było dotychczas – czyli do trzech jedynych okien w domu, które były oknami balkonowymi. Tutaj możliwość wyglądania ma jedynie w kuchni, gdy ktoś odsunie mu krzesło – wówczas opiera się o parapet i potrafi spędzić tak długi czas – wczoraj z przerwami ponad godzinę, podczas gdy ja produkowałam się przy przygotowywaniu jedzenia.

 

 

Przeprowadzka bardzo umocniła również przyzwyczajenie do klatki. Jednego razu musiałam szybko wyjść, jak myślałam – na chwilę. Chwila okazała się nieco dłuższa, a pies został luzem w mieszkaniu, zakopany w kocu na kanapie w salonie. Gdy wróciłam – on był już w sypialni i spał w otwartej klatce. To upewniło mnie w przekonaniu, że wprowadzenie klatki dla Małego Białego było świetnym rozwiązaniem, które jemu samemu znacznie pomaga – niegdyś biegałby w kółko i jęczał, sam się nakręcając. Pokazało to również, że klatka była dobrze wprowadzona, skoro pies zdecydował się sam z siebie z niej skorzystać, gdy sytuacja tego wymagała z jego punktu widzenia.

 

Mam również nadzieję, że przebywanie na co dzień w mieszkaniu większym, niż jedno pomieszczenie sprawi, że młody będzie lepiej odnajdował się w moim domu rodzinnym – zawsze na początku miał problem z tym, że jest tam tyle miejsca i tyle osób, że właściwie sam nie wiedział, co ze sobą zrobić. Teraz obrał sobie już w swoim nowym domu punkty obserwacyjne, na których spędza większość czasu, choć nadal nie gardzi wskoczeniem mi po prostu na kolana i spędzeniem tak paru godzin. Ja też nie gardzę, bo jestem zmarzluchem, a on taki cieplutki 😉

 

Nadal utrzymała się bez zmian kwestia, na której mi bardzo zależało, tzn. brak szczekania na pukanie, domofon czy odgłosy na dworze. Nie lubię psów szczekających bez żadnego sensu, bo coś im stuknęło na klatce schodowej – jest to upierdliwe i dla mnie, i pewnie również dla sąsiadów. Brak reakcji na pukanie czy dzwonienie do drzwi cieszy mnie podwójnie, bo coraz częściej spotykam się z historiami znajomych psiarzy, że ich sąsiedzi specjalnie – złośliwie – pukali do drzwi, żeby wkurzać psa, a potem narzekali, że ten szczeka. Głupota ludzka zaskakuje mnie każdego dnia 😉

 

Z perspektywy czasu za najgorszy moment całego procesu przeprowadzki mogę z powodzeniem uznać czas pakowania się – to wówczas pies nie wiedział jeszcze, co się dzieje, i denerwował się najbardziej. Jednocześnie, nic bym w tym czasie nie zmieniła – uważam, że oddanie go do hotelu, gdzie siedziałby podczas całego procesu pakowania i przenoszenia rzeczy z pewnością by mu nie pomogło, a może i trudniej byłoby mu przełknąć rozłąkę plus nowe otoczenie i podekscytowanie wynikające z ponownego powrotu do właścicieli. A tak – przeżyliśmy wszystko razem 🙂

 

 

A skoro się już zadomowiliśmy, to wypatrujcie zaległych testów zabawek, a za jakiś czas również testu nowej karmy 🙂