Psieprowadzka cz. 3: wnioski i efekty

Tygodnie przygotowań i już po! Udało się okiełznać transport samochodowy, a także ten pociągowy dla mnie i Małego Białego. Udało się nawet rozpakować większość rzeczy, z czego jesteśmy wszyscy ogromnie zadowoleni, bo ile można żyć na walizkach i pudełkach? Uważna obserwacja Małego Białego nasunęła nam kilka wniosków i wskazówek odnośnie tego, jak przeprowadzać się, aby pies znosił to w miarę dobrze. 

 

W niektórych miejscach czytałam, że najlepiej na czas przeprowadzki jest psa po prostu oddać do kogoś, a potem wziąć od nowego miejsca. Nie wydaje mi się to jednak – zwłaszcza w przypadku Małego Białego – trafionym rozwiązaniem. Po co pies ma się stresować dwoma nowymi miejscami w krótkim czasie (plus w jednym również mniej lub bardziej znanymi sobie ludźmi, którzy z pewnością, nie znając psa, nawet przypadkowo robiliby pewnie błędy w odniesieniu do jego zachowania), skoro może być z ludźmi, których zna, tylko w nowym miejscu? Zwłaszcza widzę w tym plusy wówczas, gdy pies był świadkiem pakowania, robienia w domu bałaganu i znoszenia coraz to nowych pudeł – może nie wie, że szykuje się przeprowadzka (zwłaszcza, gdy nigdy w swoim życiu jej nie przeżywał), ale czuje, że COŚ jest na rzeczy. Oddanie psa tak emocjonalnego jak Mały Biały w inne ręce w takiej sytuacji byłoby pewnie najgorszą rzeczą, którą możemy zrobić. Co więcej, w naszym przypadku byłoby to przekazanie psa na co najmniej 2-3 tygodnie, bo przez ten czas się pakowaliśmy, a jednocześnie czekaliśmy na transport, o którym koniec końców dowiedzieliśmy się dwa dni przed nim samym. Znów więc sprawdza się zasada, że co wydaje się dobre dla „wszystkich”, może nie być dobre dla nikogo.

 

Obawiałam się samego wynoszenia rzeczy z mieszkania, ponieważ pies musiał siedzieć w jednym miejscu, przypięty na smyczy, podczas gdy dwie osoby nosiły paczki, a jedna – w tym przypadku ja – próbowała ogarnąć do końca mieszkanie, aby zostawić je czyste. Faktycznie, początkowo Mały Biały nie był zachwycony i zdecydowanie próbował przypomnieć o swojej małej, cierpiącej obecności – szybko jednak się ogarnął widząc, że jedno z nas zawsze zostaje. No i – na jego piski nikt nie reagował, wszyscy go olewali, nikt nie ‚tiutał’, nie ciumkał ani nie litował się nad jego strasznym losem. Pomogło – pies stwierdził, że zasadniczo to skoro wszyscy uważają, że taka sytuacja jest okej, to on również przyjmie z góry to założenie. Podróż – autobusem, pociągiem – przebiegła bez większych zakłóceń, pomijając ludzi zachwycających się młodym i podtykających swoje dzieci pod jego nos. Na kilka osób tylko jedna zapytała, czy można (a można, owszem, on lubi dzieci) – nie chcę myśleć, co będzie, gdy kiedyś tak bezmyślnie trafią na psa, który owszem, mały jest i słodki, ale dzieci nienawidzi.

 

 

Pierwsze chwile w nowym domu minęły głównie pod znakiem przywitania ze znanymi ludźmi, w tym z panem, który był już na miejscu i którego Mały Biały przywitał tak, jakby nie widział co najmniej sto lat. Potem było wąchanie – co ciekawe, nie od razu wąchanie miejsca, a paczek – jakby młody robił kontrolę, czy wszystko zostało dowiezione na miejsce i czy są wśród tego jego zabawki. Następnie kilkukrotnie obiegnięcie pomieszczeń, bo powierzchnia do życia w tym przypadku prawie dwa razy większa niż poprzednie mieszkanie – jedyne „nasze”, które Mały Biały znał. Po ogarnięciu mieszkania, kilkukrotnego przywitania ze wszystkim ludźmi w nim (tiaaa…), Mały Biały stanowczo zażądał… rozłożenia swojej klatki! Gdy tylko to nastąpiło – wszedł do niej i siedział przez większość wieczoru, głównie głęboko śpiąc. Noc spędził z nami w łóżku, ale drugą już zdecydował się spać u siebie w klatce i przyjść jak zwykle, nad ranem. Co ciekawe, bez problemu został już dwukrotnie sam, w tym raz na ponad godzinę – nie szczekał, spał. Raz nawet rodzina dobijała się do drzwi, ale nas nie było – nie szczekał, nie reagował na pukanie. Można powiedzieć, że jestem z niego dumna (choć zawsze jak tak mówię, to on odwala coś takiego, że mi kokardy opadają z wrażenia, a więc – tfu tfu tfu).