Problemy z psem czy człowiekiem?

Coraz więcej osób na forach internetowych czy serwisach społecznościowych pisze o swoich problemach z psami. Czy to znaczy, że tych problemów jest więcej? Moim zdaniem niekoniecznie – być może po prostu ludzie dopiero teraz uświadomili sobie, że pies jest również członkiem rodziny, a nie tylko zwierzęciem przy budzie, i chcą, aby towarzyszył im w codziennym życiu. Aby było to możliwe, musi jednak umieć się odpowiednio zachować. I tutaj właśnie pojawiają się problemy. Czy jednak to człowiek ma problem z psem, czy pies z człowiekiem? I dlaczego w większości przypadków sytuacja oglądana na żywo okazuje się być zupełnie inna, niż ta opisywana?

Najpierw zacznijmy od pierwszej kwestii – czy zachowania psów powodują to, że człowiek ma problem z psem, czy może to one są wywołane faktem, że pies ma problem z człowiekiem? Oczywiście, teraz część właścicieli zdrowo się oburzy – bo jak to tak, oni mają być przyczyną problemów? To przecież pies jest niewychowany/głupi/agresywny/strachliwy/niegrzeczny/nieusłuchany.
Tymczasem jednak trzeba zdać sobie sprawę, że pies, choć nie myśli takimi kategoriami, jak człowiek, to przyzwyczaja się do swojego właściciela i umie go dość dobrze „czytać”. W ten sposób widzi nie tylko to, co człowiek chce przekazać, ale również emocje, których właściciel niekoniecznie jest świadomy i które chciałby ukryć. Nierzadko da się to zaobserwować w przypadku psów lękliwych czy przejawiających agresję lękową – właściciele zazwyczaj są dość niepewni, mało zdecydowani, więc pies odnosi (zwykle całkiem słuszne) wrażenie, że musi sam działać, bo jego pan nie jest w stanie zapewnić jemu i sobie bezpieczeństwa.
Podobnie: jeśli nie chcę, aby małe białe podeszło do jakichś resztek na spacerze, to nie szepczę jako ta mimoza słodkim głosikiem „nie wolno, pieseczku”, tylko mówię zdecydowanym, donośnym głosem „nie” i pies nawet nie myśli o podejściu do czegoś, bo wie, że żartów nie ma. Inny przykład: gdy jeżdżę do rodzinnego domu, spotykam się z ludźmi, którzy nie mają do czynienia z psami, ale są zachwyceni sztuczkami, które robi mały biały. Sami również chcą od niego coś wyegzekwować – gdy jednak oni mówią „cofnij się”, to małe białe szczeka, na co oni wybuchają śmiechem. Więc on szczeka jeszcze bardziej i w tym momencie kończę taką zabawę. Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze wręcz mistrzowsko „palą” komendę (niejednokrotnie nagradzając psa za zachowanie, którego de facto nie oczekiwali), po drugie – bo pies świetnie uczy się tego, że szczekając jest w stanie wymusić na kimś zachowanie dla niego bardziej opłacalne, np. otrzymanie smaczka za bycie „słodkim pieskiem”, zamiast za komendę, którą powinien był zrobić. Dlatego też jestem zdania, że wychowywanie psa tak inteligentnego i bystrego jak na przykład jack russell terrier (jak i wiele innych ras) wymaga od właściciela kontroli nad sobą, swoimi emocjami, otoczeniem i psem. A do tego przemyślanych działań, cierpliwości i konsekwencji. Oraz setki innych rzeczy, które wychodzą po drodze 😉
Jednak, wracając do sedna rozważań – z  uwagi na fakty przytoczone powyżej, jestem zdania, że ok. 90% problemów to nie są problemy człowieka z psem, tylko psa z człowiekiem. Bo najpierw człowiek coś wzmacnia (np. właśnie szczekanie), a potem nagle ma z tym problem (bo pies robi się szczekliwy). Człowiek jest totalnie niezdecydowany, chwiejny. To świetnie widać na przykładzie szczeniaków wszystkich ras, choć wyjątkowo większych – najpierw właściciel uważa przy przywitaniu skakanie kilkumiesięcznego malucha za słodkie i urzekające, a potem staje się ono upierdliwe, a pies – głupi. No bo skacze. Skacze, bo tak został nauczony, nie zastanawia się, czy to wypada, czy nie.
Rzecz jasna zdarzają się psy (większość psów), które same próbują, na ile mogą sobie pozwolić. Miałam do czynienia z psem ok. rocznym, małym, który w jednych rękach był aniołem, a w drugich – demolował dom, załatwiał się w mieszkaniu, nie potrafił zostawać sam. Więc te drugie ręce zabierały go ze sobą do pracy, wychodziły z nim na każde jego spojrzenie, siedziały ciągle koło niego. Owszem, zlikwidowało to efekty: niszczenie, odchody w domu, wycie. Czy zlikwidowały problem? Nie. Bo problem nie wynikał z tego, że pies nie potrafił robić pewnych rzeczy, a z tego, że „te drugie ręce” nie potrafiły pewnych kwestii wyegzekwować. Bo piesek jest taki mały i słodki. I na pewno cierpi, jak zostaje sam, dlatego wyje.
I tutaj dochodzimy do drugiej kwestii, którą chciałam poruszyć – tego, ze niektóre zachowania wyglądają zupełnie inaczej, gdy są opisywane przez właścicieli, a zupełnie inaczej, gdy się je widzi. Dlaczego? Z jednej strony dlatego, że właściciele psów „z problemem” są z góry subiektywnie nastawieni, czy tego chcą, czy nie. Nie widzą swojego zachowania i zachowania swojego psa z poziomu osoby niezaangażowanej, podchodzą do wielu kwestii emocjonalnie. Często – niestety – nie mają nawet bladego pojęcia o tym, jak działa psia psychika, dlatego wiele rzeczy postrzegają błędnie, np. pies zamknięty w pokoju z dzieckiem i dyszący nie jest według nich zestresowany, tylko… jest mu gorąco. A potem następuje zdziwienie, dlaczego ten pies na dziecko nawarczał – skoro nie pokazywał wcześniej, że go nie lubi? Owszem, pokazywał – tylko nie każdy to widzi. Każdy natomiast (o ile posiada do tego najmniejsze choćby predyspozycje) może nauczyć się zauważać takie rzeczy – i wtedy zwykle problemy z psem znikają, choćby dlatego, że właściciel w końcu jest w stanie zobaczyć pewne oznaki zachowań i właściwie na nie zareagować.
Kiedyś moja znajoma, która przeszła wiele kursów pracy z psami zagranicą i jakiś czas temu wróciła do kraju, powiedziała, że gdy zgłasza się do niej ktoś z psem „problemowym”, to w większości przypadków ona z tym psem specjalnie nie musi pracować. Większość pracy przeprowadzana jest z człowiekiem. I najczęściej właśnie zachowanie, które rysuje właściciel przez telefon czy maila, wygląda zupełnie inaczej na żywo. Tymczasem psu wystarczy pokazać (czasami to trwa, owszem), jakie zachowanie jest oczekiwane, a jakie nie jest dopuszczalne. Właścicielowi natomiast trzeba dodatkowo wszystko wytłumaczyć: że pies nie będzie płakał i cierpiał, jak mu się zabierze wszystkie zabawki i będzie dawało po jednej do zabawy z człowiekiem; że pies nie umrze nagle z głodu, jak przestanie się go karmić przy stole i ograniczy żarcie do dwóch porcji dziennie; że wyrzucenie psa z pościeli czy zakaz spania na kanapie nie oznacza dla psa końca świata i braku miłości, a może się opłacić.
Małe białe generalnie też dało mi parę razy w kość. Kilka zachowań było dla mnie niedopuszczalnych, ale udało się je wyplenić – czasami z pomocą moich Przyjaciół, którzy na moją prośbę spojrzeli na wszystko z dystansu i ocenili, co można zrobić inaczej. Opłaca się pytać o rady, serio. Nawet te rady internetowe, o ile są dość ogólne i oferują kilka rozwiązań bez wybierania „jedynego idealnego” oraz nie mogą zaszkodzić, a mogą pomóc, bywają opłacalne; rzecz jasna nie wtedy, kiedy pies próbuje zagryźć wszystko dookoła, wówczas wszystko trzeba przerabiać z doświadczoną osobą, która widzi psa na żywo.
Dlatego, jeśli powiesz, że masz problem z psem – najpierw zastanów się, czy to przypadkiem pies nie ma problemu z Tobą 😉