Piesków sto #7 | Wspomnień czar

Na co dzień jestem rozsądna i twardo stąpająca od ziemi, bo tego wymagają ode mnie praca i obowiązki prywatne – z głową w chmurach musiałabym wynająć sprzątaczkę, opiekunkę i zamknąć firmę. Czasem jednak, gdy jest już wieczór, w salonie sączy się nieco przygaszone światło, nachodzi mnie ta melancholia, a z nią – wspomnienia.

Nie da się ukryć, że wspominać uwielbiam, przede wszystkim te dobre chwile. Z głową zaśmieconą codziennymi sprawami często jednak nie pamiętam rzeczy, które w tamtych chwilach były dla mnie istotne – sytuacji, rozmów, widoków i wielu innych rzeczy. Z tego też powodu staram się wszystko upamiętniać. Zbieram kartki z ważnych wydarzeń, robię tyle zdjęć, że więcej robi tylko mój Tata (i po dwóch tygodniach wakacji wszyscy mają już nas dość – nie zdziwiłabym się, gdyby zamykali się w łazience, żeby tylko nie widzieć nas z aparatami), zapisuję sobie rzeczy, które chciałabym zapamiętać.

Co z tymi zdjęciami?

Każdy, kto lubi robić zdjęcia i chce się rozwijać w tej dziedzinie na pewno zna ten ból, gdy ze stu zdjęć ledwo jest w stanie wybrać kilka, które jego zdaniem spełniają wygórowane oczekiwania. I tę rozpacz, gdy to najlepsze, bo zrobione z zaskoczenia, pokazujące emocje – okazuje się rozmazane, nieostre czy ucięte w idiotycznym miejscu. Mnie to spotyka regularnie, choć przyznam, że współpraca z aparatem i Małym Białym przyczyniła się do rozwoju cierpliwości względem efektów zdjęciowych 😉

Minęły już czasy, które pamiętam z dzieciństwa, gdy rodzice mieli kupione trzy filmy do aparatu na całe wakacje, a zdjęcia trzeba było robić z namaszczeniem, godzinami wręcz się ustawiając. Moja Mama i tak regularnie wsadzała palec w obiektyw 😉 Wtedy jednak wszystkie zdjęcia były wywoływane, wkładane do albumów, a ich oglądanie – celebrowane. Dziś robimy setki zdjęć (np. jedno wyjście w góry na ok. 8-10 godzin to około 600-800 zdjęć do przerobienia!), które potem z trudem przerabiamy, wkładamy do poszczególnych folderów, potem przekładamy na dysk zewnętrzny… i często o nich zapominamy. A chyba nie o to chodzi?

Tu obraz, tam zdjęcie

W naszym domu nie ma zbyt wielu zdjęć – w sumie w ramkach mamy może trzy, a na ścianach łącznie cztery fotoobrazy, z czego trzy pochodzą jeszcze z sesji ślubnej, a z jednego uśmiecha się do nas młody. W odbitki drukowane inwestuję jedynie wtedy, gdy dziadkom czy pradziadkom trzeba wymienić zdjęcie potomka w ramce, bo na poprzednim dzieć już średnio przypomina sam siebie. A gdzie w tym wszystkim Mały Biały?

Aby oddać sprawiedliwość przyznam, że moi dziadkowie dostali od nas na święta duży obraz z sesji ślubnej, którą Wam prezentowaliśmy, właśnie z Małym Białym – dla nich to ich pierwszy prawnuczek 😉 Ile jednak można wieszać na ścianach?… Przy przemeblowaniu każda dziura wymaga zasłonięcia albo zagipsowania, a potem wypadałoby to jeszcze pomalować…

A może fotoksiążka?

Dopiero niedawno wpadliśmy na pomysł podarowania z okazji świąt właśnie pradziadkom fotoksiążek, w których znalazły się zdjęcia Młodego, ale i kilka z Małym Białym. To uzasadnione, bo tylko jedni pradziadkowie mają możliwość widzieć ich obu praktycznie na co dzień; drudzy widują ich kilka razy w roku, a trzeci – raz czy dwa. Potem jednak uświadomiłam sobie, że nie mamy żadnej fotoksiążki, w której zgromadzilibyśmy zdjęcia z tych sześciu lat spędzonych z Małym Białym. Postanowiłam czegoś poszukać, a wymagania – jak to ja – miałam jak zawsze wygórowane. Chciałam coś niedużego, co można zabrać ze sobą w podróż (i łatwo spakować, aby nie zajmowało wiele miejsca), a jednocześnie coś trwałego, z kartkami raczej kartonowymi. Do tego zależało mi na ładnej, nietypowej okładce w całości fotograficznej i możliwości łatwego rozmieszczenia zdjęć bez dużego zaangażowania czasowego (doba niestety nie chce się wydłużyć pomimo moich wysiłków w tym kierunku).

W ten sposób trafiłam do Saal Digital. Przejrzałam naprawdę szeroką ofertę rozmaitych firm tworzących fotoksiążki i uparcie wracałam tutaj, mimo że cena wydawała mi się dość wysoka. Gdy fotoksiążka dotarła – wiedziałam, że jest za co zapłacić, zwłaszcza że widziałam już wiele różnych produktów innych firm.

Fotoksiążka od Saal Digital…

…jest przede wszystkim niezwykle estetyczna i wykonana precyzyjnie, co do centymetra. Na etapie projektowania (które można przeprowadzić w gotowej aplikacji na telefonie albo komputerze) wybieramy idealny dla siebie design. Możemy umieścić jedno zdjęcie na dwóch stronach, po kilka zdjęć na takiej rozkładówce albo jedno zdjęcie na stronie, opatrzone dodatkowo szlaczkami albo cytatami. Co ważne, rozkładówki wyglądają dobrze, bo fotoksiążka otwiera się całkowicie dzięki odpowiedniej formie złożenia – zresztą, sami widzicie.

Wybraliśmy watowaną okładkę, bo wydawała się nam estetyczna, ale i mniej podatna na uszkodzenia typu zarysowanie czy wgniecenie – mieliśmy rację, bo po rozpakowaniu Mały Biały po niej przebiegł i nie narobił szkód 😉 Strony są kartonowe, dość grube, sztywne, a w opcji matowej (na jaką zdecydowaliśmy się) nie zostają ślady po palcach (ffuuuujjj!), których szczerze nie znoszę. Obawiałam się nieco wysyłki, w końcu paczka idzie z Niemiec, ale ostatecznie nie dość, że została wykonana przed czasem, to jeszcze dotarła do nas po chyba dwóch dniach.

Pamiątka i narzędzie pracy

Oczywiście, w pierwszej kolejności fotoksiążka jest dla nas przede wszystkim pamiątką. To świetna okazja do powspominania kolejnych wycieczek, wyjazdów, ale również ludzi, którzy nam na nich towarzyszyli (pozdrawiamy Czubi tak lubi, mamy Was na kartach fotoksiążki!). Na pewno jednak będzie to też… narzędzie pracy. Tak, choć blogowanie jest naszą pasją i przede wszystkim nią pozostanie, to jest także pracą.

Przygotowanie wpisu zajmuje nam nawet kilka dni, włączając w to tekst, oprawę graficzną i wszystkie kwestie techniczne. Współprace dobieramy zawsze tak, aby mieć pewność co do jakości produktów, które Wam przedstawiamy. To wszystko jednak jest możliwe właśnie dzięki takim prezentacjom jak fotoksiążka od Saal Digital – na spotkaniu z potencjalnym partnerem możemy łatwo przedstawić, jak prezentuje się wizja naszej działalności, jaka jest jakość zdjęć i w jaki sposób spędzamy czas. A to, co najbardziej lubimy, to łączyć przyjemne z pożytecznym 🙂

 

Wpis powstał we współpracy z Saal Digital