Pies w lesie – prawo i przepisy

Psiarze to dość wyjątkowa grupa osób. Część tej grupy widzi nie tylko prawa, ale i obowiązki wynikające z posiadania psa – tych właścicieli można nazwać mianem idealnych, jak zrobiłam to w jednej z wcześniejszych notek. Część natomiast dostrzega jedynie swoje prawa, a już niekoniecznie zakazy i nakazy. A nawet, jeśli dostrzega, to stwierdza, że one ich nie obowiązują, bo… i tu pojawia się szereg różnych motywacji. Tym psiarzom dedykuję poniższą notkę.

 

 

Co to jest las?

 

Najpierw według przepisów prawa: las jest to 
grunt (…) o zwartej powierzchni co najmniej 0,10 ha, pokryty roślinnością leśną (…), drzewami i krzewami oraz runem leśnym – lub częściowo jej pozbawiony: a. przeznaczony do produkcji leśnej; b. stanowiący rezerwat przyrody bądź wchodzący w skład parku narodowego; c. wpisany do rejestru zabytków.”. Dodatkowo, jest to również „grunt związany z gospodarką leśnąArt. 3 Ustawy o lasach z dnia 28.09.1991 r.
Tyle prawa.
Trzeba pamiętać o tym, że każdy większy grunt, który jest zalesiony, zazwyczaj posiada własny regulamin. Z tego regulaminu dowiemy się, czy można tak wprowadzać psy oraz na jakich zasadach.
Przede wszystkim jednak, las nie jest „siedzibą” psa. Jest przede wszystkim schronieniem dla dzikiej zwierzyny – ostoją, w której ona żyje, rozmnaża się, zdobywa pożywienie i ma prawo żyć bez żadnych stresów ze strony psów.

 

Pies w lesie – przepisy

 

Pies w lesie według przepisów polskiego prawa nie może być puszczany luzem w lesie (Ustawa o Lasach z dnia 28 września 1991 r. (Dz. U. 91.101.444), art. 30 pkt 13). Za puszczenie psa luzem w lesie dostaje się mandat, ponieważ jest to wykroczenie.
Kto w lesie puszcza luzem psa, poza czynnościami związanymi z polowaniem, podlega karze grzywny albo karze nagany.Kodeks wykroczeń, art. 166
Nawet, jeśli według właścicieli jest super wychowany – musi być na smyczy. Nieprawdą jest też, że 100% psów, które nigdy nie pogoniły żadnej zwierzyny, nie zrobi tego w lesie. Tutaj liczba zapachów jest ogromna, szczególnie pies miejski może nagle stwierdzić, z powodu rozemocjonowania czy natłoku bodźców, że pogonienie sarny, która nagle wyskoczy zza ściany drzew, jest super zabawą. W większości przypadków nie wystarczy wówczas wołanie – pies pobiegnie w długą i zawróci albo, gdy dopełni swojego celu, albo gdy zwyczajnie się znudzi. Pamiętajmy również, że pies niekoniecznie musi sarnę złapać i ugryźć, aby zrobić jej krzywdę (choć to niestety zdarza się bardzo często, zwłaszcza po takiej długiej zimie albo w gorące dni) – wystarczy, że przegoni ją przez dłuższy kawałek, a sarna po prostu padnie ze stresu. Nie jest prawdą, że sarny czy zające, a nawet dziki nie występują w okolicach ludzkich siedzib – jako dowód załączam zdjęcie zrobione w sumie między dwoma gospodarstwami w Beskidzie, przy głównej drodze – sarny tam były praktycznie codziennie.
Co więcej, do niektórych lasów pies po prostu nie ma wstępu. Zazwyczaj chodzi tutaj o parki narodowe, które regulują takie kwestie w swoim własnym zakresie – przed wyjazdem warto zapoznać się z takim regulaminem, aby potem nie dostać mandatu (a te bywają wysokie).

 

Gdy pies wejdzie tam, gdzie nie może

 

Jeżeli pies wejdzie z właścicielem na teren, gdzie nie może przebywać (gdy jest to zabronione w konkretnym regulaminie), możemy dostać mandat. Jego wysokość bywa różna, w zależności od wykroczenia i tego, gdzie z psem wejdziemy oraz jak zareaguje odpowiednia służba. Podobnie jest w przypadku psów biegających luzem. Trzeba pamiętać, że jeszcze do niedawna przepisy jasno pozwalały na odstrzał psów zdziczałych, przebywających w miejscach bytowania zwierzyny leśnej dalej niż 200 metrów od siedziby ludzkiej. Obecnie przepisy te uległy zmianie i myśliwy, widząc psa biegającego bez nadzoru, może albo pouczyć o obowiązkach właściciela, albo odłowić psa i ustalić jego właściciela bądź odwieźć czworonoga do schroniska. Wszystko na koszt właściciela rzecz jasna. Jeżeli pies pobiegnie za zwierzyną, może stanowić dla niej bezpośrednie zagrożenie; wówczas właściciel może być oskarżony o kłusownictwo z psem, co jest przestępstwem. Tłumaczenia w takim przypadku na wiele się nie zdadzą – w końcu kłusownicy zwykle mówią, że oni to tu znaleźli się przypadkiem i nie mieli żadnych złych zamiarów.

 

Kali kraść krowę – dobrze; Kalemu ukraść – źle!

 

To zdanie doskonale odnosi się do burzy medialnej, która miała miejsce jeszcze kilka lat temu. Dotyczyła nieuprawnionego odstrzału psów na terenach leśnych. Oczywiście, zgadzam się z oburzonymi – nie powinno mieć to miejsca. Szkoda mi psów, które skończyły w taki sposób, jednak nie szkoda im właścicieli tych psów. Bo prawo musi obowiązywać w obie strony. A w niektórych przypadkach obie strony to prawo ignorowały. Aby nie być gołosłowną, przytoczę przykład. Właściciel wychodzi z dwoma psami na spacer, oczywiście psy są luzem w lesie. Nagle biegną za zwierzyną. Jeden pies wraca po jakimś czasie, drugi nie, więc… właściciel wraca do domu z wiarą, że pies sam sobie wróci tam, gdzie mieszka, jak już się „wybiega”. Pies jednak nie wraca – na jego zwłoki przypadkiem „wpadają” sąsiedzi, którzy psa rozpoznają i dają znać właścicielowi. I rozpoczyna się medialna burza: że myśliwy zastrzelił psa, a on tymczasem nic złego nie robił. Co ciekawe, tę burzę podsycają tysiące internautów, właścicieli psów, którzy w tej sytuacji widzą wyłącznie winę tego, kto psa zastrzelił, a właścicieli już nie. Tymczasem właściciel popełnił kilka czynów niezgodnych z prawem. Puścił psa luzem w lesie – to raz. Dwa: oskarżył o odstrzelenie psa myśliwego zamieszkałego niedaleko, mimo że całego zdarzenia nie widział; potem okazało się, że pies zginął z broni domorosłego sadysty, który lubi sobie postrzelać do zwierząt. Co więcej, nie wiadomo, czy pies nie doprowadził do śmierci w męczarniach jakiejś zwierzyny leśnej, a wtedy właściciel jest oskarżony również o kłusownictwo. Gdy psy były na smyczach – żyłyby po dziś dzień.
Szczególnie fascynuje mnie osobiście temat wegetarian, którzy jednak ignorują fakt, że ich pies jest zagrożeniem dla zwierząt leśnych i może zrobić im krzywdę. Mam wówczas wrażenie, że krowy czy drób są inną, cenniejszą kategorią zwierząt, niż na przykład sarna czy zając. Uprzedzę również argument: o ile karmienie psów mięsem jest poniekąd koniecznością (niezbędną do zapewnienia podstawowej potrzeby żywej istoty), o tyle puszczanie psa w lesie już koniecznością nie jest.

 

 

Co psu grozi w lesie?

 

Pamiętajmy, że również nasze czworonogi w lesie narażone są na rozmaite zagrożenia. Jednym z tych zagrożeń jest człowiek, również ten z bronią palną. Nie mam tu na myśli jedynie myśliwych – raczej ludzi, którym zdaje się, że mają jakiekolwiek prawo do używania broni bez zezwolenia i według własnego, czasem chorego, uznania.
Z drugiej strony, psy mogą paść również ofiarą kłusowników. Ci rozstawiają sidła i pułapki na zwierzynę, która zazwyczaj chodzi swoimi  drogami, nie używając ścieżek czy traktów leśnych – z tego powodu pies biegający luzem, wyczuwający stałą drogą poruszania się dzikich zwierząt, również może wpaść w zastawioną pułapkę.
Warto pamiętać również m.in. o szczepionkach przeciw wściekliźnie. Są one zostawiane dla lisów, jednak pies nierzadko również się na nie połasi – mogą mu poważnie zaszkodzić. Zazwyczaj są wystawiane komunikaty o rozrzuceniu szczepionek, jednakże czasami możemy je przez nieuwagę pominąć. Nie wspomnę już o głupocie, jaką wyróżniają się właściciele psów, zabierając czworonogi na tereny oznaczone jako zagrożone tą śmiertelną chorobą.
Zagrożenie może przyjść również ze strony zwierząt leśnych. Sama spotkałam na mniej uczęszczanym szlaku w górskim lesie lisa z objawami, jak się potem okazało, wścieklizny. Było to w czasach „przed psem”, jednakże nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby na zwierzynę niesioną w pysku przez tego lisa (czy samego lisa) połasił się jakikolwiek pies, biegający luzem. Ogromnym zagrożeniem są również wszystkie samice z młodymi, zwłaszcza zaś samice dzików, które lubi generalnie się nie boją i nie mają problemów z atakiem. Część psów, czując zapach dzika, po prostu zawróci, część jednak będzie zainteresowana wonią i pobiegnie wprost w paszczę zagrożenia.

 

No to gdzie w takim razie pies ma się wybiegać?!

 

Jest to główne pytanie, które zadaje większość psiarzy upominanych, że pies w lesie powinien być na smyczy. Szczególnie lubię to pytanie, ponieważ zawiera mój ulubiony zwrot o „wybiegiwaniu się” psa. W pierwszej kolejności przykro mi, że właściciel psa nie jest w stanie zaplanować mu odpowiedniej aktywności i musi dbać o to, aby pies sam siebie wybiegał. Swój przepis na idealny spacer już przedstawiałam. W przypadku lasów, mamy kilka opcji do wyboru.
Pierwsza opcja to aktywność fizyczna razem z psem. Na przykład bieganie czy jazda na rowerze. Jeżeli ma to być nasza częsta aktywność, można kupić do tego odpowiedni sprzęt, m.in. pas biodrowy czy smycz z amortyzatorem – pozwala to mieć wolne ręce. Na zwykłe spacery warto zainwestować w dłuższą linkę, która pozwoli psu na oddalenie się od nas, a jednocześnie zatrzymanie go w razie, gdy poczuje zapach. Dobrze jest również zainwestować w elementy odblaskowe – np. obrożę, naklejkę na rzepy do szelek, nakładkę na obrożę czy odblaski na łapy. Pozwoli to również ewentualnym innym spacerowiczom czy leśnikom na stwierdzenie, że pies (prowadzony np. na słabo widocznej lince czy widziany z daleka) jest pod kontrolą.
W zależności od miasta, istnieją również różne tereny, na których można psa puścić luzem. Przykładowo we Wrocławiu przepisy pozwalają na luźne bieganie psa w miejscach słabo uczęszczanych, pod warunkiem, że pies jest posłuszny, czyli reaguje na przywołanie.

 

Dla tych, którzy nie wierzą, że pies (nawet mały) jest w stanie zrobić zwierzętom leśnym krzywdę, wklejam link do bloga Pies w lesie, prowadzonego przed gdańskie nadleśnictwo. Ostrzegam – zdjęcia są drastyczne.