Pies na co dzień

Dawno nie było o Małym Białym, dlatego dziś trochę porozmawiamy o tym, jak wygląda nasze życie z psem na co dzień. Może nie jest to temat z pierwszych stron gazet, ale to właśnie o Białym Jacku jest ten blog – dzięki temu, że pojawił się w naszym życiu, poznaliśmy wielu fajnych ludzi, zobaczyliśmy wiele fajnych miejsc i zaznaliśmy zarówno smutków, jak i radości – tych drugich na szczęście (tfu tfu tfu) o wiele więcej. Wiele osób pyta mnie, jak dziś wyglądają nasze wspólnie dni – niektórzy są przekonani, że spędzamy je na ciągłej nauce, inni, że młody jest z pewnością grzeczny w domu, bo jest bardzo spokojnym pieskiem 😉 Rozwiejmy więc wątpliwości. 

 

 

Pierwszym komfortem naszego psa jest to, że jedno z nas pracuje na stałe w domu. Dzięki temu młody nie zostaje sam na długie godziny codziennie, choć nie uważam, aby takie zostawanie miało w sobie coś złego – o ile pies jest do niego przyzwyczajony. Nie mamy jednak problemu z wyjazdem kilkugodzinnym na zakupy, wyjściem do kina czy na imprezę do przyjaciół – tutaj zwykle chodzimy bez psa, choć Mały Biały wyraźnie był rodzynkiem na niejednej imprezie w gronie znajomych (żaden inny, znany mi facet, nie zdobył tylu serc kobiecych jednym machnięciem… ekhem, ogona 😉 ). Oczywiście, gdy wychodzimy, pies zostaje samkennelu. Dlaczego, pisałam o tym nie raz i nie dwa – choć słyszałam różne głosy sprzeciwu, to jednak zwykle są one oparte jedynie na wyobrażeniach i teorii, nie zaś na praktyce kennelowania psa ze wszystkimi pozytywnymi w naszym przypadku tego aspektami. Choć nawet czasami nie mamy po co wyjść, to i tak psa zostawiamy choćby na parę minut – aby w sytuacji, gdy faktycznie będziemy musieli nagle wyjść na dłużej, pies nie spanikował, że dotąd siedzieliśmy w domu, a nagle nas nie będzie. To jest bardzo istotne i – niestety – często zapomniane.

 

Pytacie, co Mały Biały robi w dzień. Hm… głównie śpi. W zasadzie śpi przez cały czas, gdy nas nie ma, ale również… gdy jesteśmy. Od porannego spaceru do tego popołudniowego (zależy, ile ich akurat ma w trakcie dnia) śpi praktycznie cały czas, z małymi przerwami, gdy ja zachęcę go do ćwiczeń. Może śpi to złe określenie – czasami podsypia, czasami leży i drzemie, czasami sobie wyjdzie do okna, położy się i obserwuje. Z rzadka zaszczeka na coś, co widzi za oknem, za co natychmiast jest gromiony. Spowodowało to, że potrafi np. szczeknąć raz, po czym sam się uciszyć i odejść od okna, bo wie, ze dokładnie to każemy mu zrobić za parę sekund. W takie upały Biały przekłada się jedynie z miejsca na miejsce, szukając tego, które jest najchłodniejsze i którego jeszcze sam nie nagrzał 🙂

 

Około obiadu Mały Biały zwykle się ożywia, w zależności od tego, co akurat jemy. Ożywia go szczególnie czerwone mięso, ryba oraz… marchewka. Czasami dostanie coś do miski, czasami nawet jego błagalny wzrok nie pomoże, jeśli nie mieliśmy w planie dokarmiać biednego russellka. Wszystko odbija się na jego dziennej porcji, więc nie ma tak dobrze 😉 O żywieniu już kiedyś pisałam, więc dodam tylko, że dzienną porcję karmy dzielimy zwyczajowo na trzy części: dwie dostaje do miski (itp., bo obecnie testujemy aktywizujący karmnik), jedną dostaje z ręki na dworze i w domu przy okazji ćwiczeń. Czasami, gdy nie mamy zbyt wiele czasu, to wsadzamy mu tę trzecią część porcji np. do piłki Trit albo Konga, jeśli zostaje na dłużej sam.

 

 

Spacery Mały Biały ma zazwyczaj trzy. Jeden z samego rana, głównie za potrzebami plus nieco węszenia, a więc „czytanie porannej gazetki”. Podobnie ostatni – tuż przed naszym ostatecznym zalegnięciem do łóżka (czyli chwilą, po której już żadne z nas nie ma ochoty się podnieść). Jeden albo dwa spacery ma jeszcze w ciągu dnia. Dwa zwykle wtedy, gdy albo jesteśmy w nowym miejscu, albo nie mamy czasu na jeden dłuższy spacer, albo po prostu dużo musimy wychodzić. Przynajmniej jeden spacer dziennie ma dłuższy i zazwyczaj zamiennie polega on na zabawach luzem – aportowaniu, posłuszeństwie – ale też węszeniu, zabawie z psami czy po prostu zażywaniu świeżego powietrza albo wędrowaniu przed siebie, albo na wycieczce „na miasto”. Wówczas pies ma obowiązek iść przez większość czasu ładnie, nie ciągnąć i pokazywać, że potrafi się ogarnąć. Na początku szło mu to z trudem, ale teraz widzimy wyraźnie efekty pozytywne. Plusem jest też to, że dzięki takim wypadom w dużym mieście pies: a.) przestał się cieszyć do zaczepiających go ludzi, bo zaczepia go ktoś dosłownie co 5. sekudn, b.) przestał ciągnąć na smyczy, bo to i tak mu nic nie da ;), c.) nie boi się nowych okoliczności, warunków, dźwięków ani zabudowań. To ostatnie zwłaszcza jest dla nas istotne. No i zaczął się skupiać w sytuacjach, w których niegdyś mogłabym sobie i zatańczyć przed nim nago – bez rezultatów.

 

Białego Jacka staramy się zabierać w różne miejsca. Był z nami w górach, regularnie podróżuje tramwajami, autobusami, pociągami. Był nad morzem, taplał się też w rzece czy stawie. Bywał w lesie czy parku, gdzie jest duże rozproszenie zapachów i psów. Ale też nierzadko bywa, że pies wychodzi z nami „na miasto”, czyli na rozmaite pikniki, imprezy zorganizowane czy po prostu na dobry trunek do jakiegoś baru. Rzecz jasna za pozwoleniem właścicieli takiego przybytku oraz naszym zdrowym rozsądkiem 😉 Unikamy raczej imprez głośnych czy takich, gdzie jest bardzo dużo ludzi niekoniecznie trzeźwych albo bardzo dużo dzieci. Żeby nie było: Mały Biały kocha dzieci, ale nie jest pluszową przytulanką i nie można go wystawiać na ściskanie przez parę godzin non stop.

 

Czy ćwiczymy? No, ćwiczymy. Raz więcej, raz mniej, ale każdego dnia trochę. Nie jest to jednak tylko ćwiczenie na zasadzie: siadamy na środku, biorę kliker, smaki, zabawki i ćwiczymy. Często utrwalamy i trenujemy różne rzeczy po prostu na dworze, w trakcie spaceru, w rozproszeniach, bez zastanowienia, na przejściu dla pieszych czy w knajpie (choć tutaj akurat znajomi namawiają, żeby wówczas wykładać kapelusz na drobniaki i choć na tych występach zarabiać). To świetnie działa na psa, który jest w stanie ćwiczyć w każdych okolicznościach, oraz na moje zadowolenie z psa 😉 A to ostatnie super wpływa na dosłownie wszystko 🙂