O podbiegaczach słów parę

„Podbiegacz”, aczkolwiek nie jest terminem powszechnie znanym, to jednak w „psim” świecie pojawia się wielokrotnie, czy tego chcemy, czy też nie. Jest to pies puszczony luzem, którego właściciel nie potrafi bądź po prostu nie chce odwołać, a który dąży do kontaktu z naszym psem. Jakie kryteria musi wypełnić pies, aby być podbiegaczem?

Przede wszystkim musi być luzem. Ludziom, których psy na flexi do naszego psa podchodzą bez naszej zgody (a czasem i wiedzy, np. zza pleców), powinna być owa flexi zabierana, a jeszcze wcześniej powinni dostać nią w łeb. Jak ktoś nie umie prowadzić, to nie zda testu na prawko – jak ktoś nie umie posługiwać się flexi, to nie powinien jej używać. A więc cecha pierwsza: pies jest luzem.
Cecha druga? Podchodzi do naszego psa. Ze względu na zamiary i zachowanie podbiegaczy, jestem w stanie wyróżnić kilka ich rodzajów:
– podbiegacz „oni nic nie zrobi”, który rzuca się z zębami na naszego psa;
– podbiegacz „wracaj tutaj natychmiast”, który biegnie do nas tym szybciej, im głośniej woła go właściciel, ale który zazwyczaj nie robi nic złego – ot, wącha naszego psa;
– podbiegacz „to tylko szczeniak”, czyli szczeniak, który wbiega w naszego psa – również wówczas, gdy psem jest jack russell, a szczeniakiem ważący 30 kg, kilkumiesięczny molos.
Kolejna cecha: podbiegacz podbiega zawsze. To znaczy, że jeśli komuś pies zwieje do innego psa (a zdarza się, choć nie powinno), to nie jest jeszcze podbiegaczem, bo zdarzyło się to raz. Natomiast jeśli ktoś notorycznie chodzi z psem bez smyczy (bo mu tak wygodnie/bo rozmawia przez telefon/bo „niech się piesek wybiega” itd, itp), a pies ów podbiega do innych – jest podbiegaczem.
Ktoś mógłby rzecz: ale przecież taki podbiegacz, który nic nie zrobi (czytaj: nie pogryzie naszego psa), to nie jest żaden problem. No tak, dla części psów nie jest to żaden problem. Natomiast jeśli ktoś ma psa po przejściach, który nie przepada z innymi psami – to pojawia się problem. Podobnie, jeżeli ktoś idzie ze szczeniakiem, w którego nagle wbiegnie jakieś cielę i go poturbuje – kiepska socjalizacja, nieprawdaż? Psu o pewnym, twardym charakterze nic się nie stanie (albo nauczy się w końcu gonić podbiegacza z zębami i warkotem, jeśli uzna, że właściciel sobie nie radzi), pies o słabym charakterze i lękliwy robi dwa kroki do tyłu w nauce czegokolwiek. Wystarczy zapytać kogoś, kto miał psa po przejściach albo był domem tymczasowym.
Dlaczego o tym piszę? Ano, dziś byliśmy z małym białym na spacerze na jednym ze skwerów we Wrocławiu. Godzina szczytu, ludzi trochę było – bardzo dobrze, socjal zawsze dobrze widziany. Idziemy więc ową alejką, po której jeżdżą ludzie rowerami, chodzą matki z wózkami, a z naprzeciwka idzie raźnym krokiem pan, wymachując smyczą, z psem kilka metrów od siebie. Pies – jakieś skrzyżowanie jamnika, więc niewielki, i to było nasze szczęście w nieszczęściu. Pan przedstawiał totalnie wdupiemanie, co robi jego pies – a pies podszedł do nas, obwąchał merdającego małego białego, po czym… rzucił się na niego z zębami. Zrobiły wokół mnie dwa kółka, zanim zdołałam złapać małego białego za szelki i podciągnąć do góry, nie narażając się przy tym na pogryzienie. Małe białe biedne uciekało za mnie przed tamtym psem, piszcząc przeraźliwie, więc cały skwer patrzy na nas. I na pana, na którego się wydarłam najgłośniej, jak mogłam, że „[tutaj słowo nieprzyzwoite i ogólnie uznane za przerywnik polski] psy się na smyczy prowadza w miejscu publicznym”. A pan… ani słowa przepraszam, za to swojemu psu wpieprzył smyczą, zapiął go i odszedł parę kroków. Szkoda, ze trzymała mnie adrenalina, bo miałam ochotę mu powiedzieć, żeby sam sobie tą smyczą pieprznął tu i tam, może mu rozum wróci. Małemu białemu ostatecznie nic nie było, choć miał obśliniony bok i ogon, bo za ogon skurczybyk go zdołał złapać. No i się spiął, przestał myśleć, zestresował się – na szczęście to mu po paru chwilach przeszło. Potem spotkaliśmy na Rynku buldożka francuskiego, szczylka jeszcze, psy się obwąchały, małe białe próbowało się zjeżyć, ale usłyszało ode mnie parę słów („nawet się nie waż!”), więc zaczęło merdać, ja zaczęłam piszczeć z zachwytu nad jego przyjazną postawą i wszystko przebiegło w miłej atmosferze.
Żeby nie było: w przypadku małego białego nie mam nic przeciwko podbiegaczom, którzy są przyjaźni i znają podstawy psiej kultury. Natomiast, jeżeli zdarzyłoby się, że musiałabym bronić swojego psa przed innym i w związku z tym potraktować go z buta, kiedy inne środki by zawiodły – nie tak, aby zrobić mu krzywdę, ale aby uświadomić mu, że lepiej, co by spadał – to nie zawaham się tego zrobić. Bo ja kocham psy, ale zdrowie mojego psa jest dla mnie najważniejsze.
No, to się trochę wygadałam. Jutro dla odmiany będzie teścik 🙂