Niedzielni spacerowicze z psami

Dopadł nas dziś leniwy dzień, więc będzie o czymś mało ambitnym, a zarazem nieodzownym – spacerach. Akurat dziś, korzystając z tego, że śnieg i deszcz przestały padać w twarz niezależnie od tego, w którą stronę się idzie, pojechaliśmy z małym białym do parku na spotkanie z koleżanką. Małe białe chyba nieco odwykło od jeżdżenia tramwajem, bo zwykle chodziliśmy pieszo wszędzie w ostatnim czasie, dlatego nieco się ekscytowało faktem, że gdzieś się wybieramy. Ekscytacja przejawia się jak zwykle w lekkim drżeniu połączonym z wysokimi piskami – zanika, gdy na horyzoncie pojawia się żarcie, zadanie do wykonania albo zabawka 😉 Rzecz jasna, młody ekscytował się jedynie w jedną stronę, czyli do parku – gdy wracaliśmy, zasypiał na siedząco.

W samym parku mieliśmy kilka wesołych zdarzeń, ale i kilka pokrzepiających serce. Przede wszystkim – zaszokowało mnie, ze spotkaliśmy w sumie z trzech właścicieli dużych psów, którzy nie tylko nad swoimi psami panowali, ale również potrafili je odwołać i podjąć decyzję o tym, że nie będą szli dokładnie w naszym kierunku, skoro mogą skręcić w bok. My również staraliśmy się wymijać ludzi z psami, bo nie zawsze każdy pies chce się bawić – niestety, nasze próby wyminięcia pana z beagielką skończyły się tym, że suka pobiegła z nami, bawiąc się z małym białym, a pan w końcu gonił nas, żeby odzyskać swojego psa. Jako, że ja generalnie obcych psów nie łapię, bo nie widzę takiej potrzeby, to pan sam musiał odławiać sukę – z tego też powodu wylądował na plecach w głębokim śniegu, bo suczka bardzo widocznie nie chciała się dać złapać, a dostała świra i biegała z małym białym w tę i z powrotem. W końcu się zlitowałam, zatrzymałam małe białe, suczka też się zatrzymała i pan… wziął ją na ręce, przeprosił i sobie poszedł. O ile byłoby prościej, gdyby miał linkę, zwłaszcza, że takie zachowanie na pewno nie wzmacnia przywołania, które moim zdaniem w tym przypadku nie istniało – im głośniej pan wołał, tym szybciej suczka biegła w drugą stronę. W drugim przypadku, już pod koniec spaceru, spotkaliśmy panią ze spanielem, który jednak z młodym się przywitał i szedł równolegle, jako że pani szła za nami – bardzo kulturalnie się panowie zachowywali, na co wpływ miał fakt, że małe białe było wykończone i miało mokry tyłek.

Dlaczego miało mokry tyłek? Ano bo próbowało sobie zapolować na kaczki. Najlepsze były słowa Marzeny (pozdrawiamy!), która powiedziała, cytuję: „Na pewno nie wejdzie, w lecie nie chciał tam wchodzić” wypowiedziane dosłownie 5 sekund przed tym, jak małe białe wlazło na lód, który oczywiście się załamał i biedne stworzonko wpadło do wody. Gdy wpadło do wody, zaczęło wołać o ratunek, więc musiałam je holować na lince do brzegu – i niedługo potem spacer się skończył. Ale wcześniej…
zima i mały pies

… no właśnie. Muszę powiedzieć, że dziś mój mały biały jack russell terrier był zupełnie grzeczny! (Zawsze, gdy tak mówię/piszę, to za jakiś czas odwala coś takiego, że tylko siąść i płakać, no ale…) Nie dość, że po pierwszych szaleństwach i wyładowaniu wstępnie skumulowanej energii wracał na zawołanie, to jeszcze doskonale sprawdzał się w komendach na odległość, których już jakiś czas nie ćwiczyliśmy, w tym najtrudniejszej dla niego, czyli po prostu „stój”, gdy biegnie w moją stronę. Może to małe sukcesy i dla kogoś śmieszne jest, że tak mnie to cieszy – niemniej dla mnie to naprawdę super sprawa. Nawet szukanie piłeczki w śniegu szło mu nieźle, i dostawianie w zaspach takich, że zakrywały mu całe łapy i musiał przez nie skakać jak lis polarny polujący na gryzonie.

Pod koniec spaceru byłam z niego zupełnie dumna, bo piesio był tak zmęczony, że po prostu szedł przy nodze na luźnej smyczy, wpatrzony we mnie, a raczej wyczekujący super nagród, które zabraliśmy ze sobą na spacerek. Notkowe foty nie są z dziś, no ale te dzisiejsze będą wieczorem, więc… Dodamy innym razem 🙂
A dla spragnionych wiedzy – jutro albo dziś wieczorem jeszcze będzie o zakładaniu łapek, czyli świadomości tyłu. Z filmikiem!