Nasz prywatny dogtrekking

Ogromnym żalem napawa mnie myśl, że tej wiosny nie damy rady pojechać na żaden fajny dogtrekking – za wiele się dzieje, a i pociągiem nie wszędzie się dojedzie. Nie znaczy to jednak, że rezygnujemy z pięknej pogody, która była w ostatnią sobotę – urządziliśmy sobie prywatny dogtrekking.

No dobrze, może dogtrekking to zbyt szumne określenie – niemniej jednak poruszaliśmy się po terenach tak pięknych, że idealnie nadających się na tego rodzaju aktywność. Okazało się, że początek trasy leży praktycznie kilkaset metrów od naszego domu, a finał i część przejścia znajduje się już poza granicami miasta. Ale, wszystko po kolei…

Na początek weszliśmy do lasu tuż obok niewielkich ogródków działkowych. W sumie niegdyś miała tutaj biec jedna z głównych dróg międzymiejskich, ostatecznie jednak na pobliskich bagniskach odkryto siedlisko malutkich robaczków, które okazały się być pod ochroną. W związku z tym tereny są dość mokre i grząskie, zwłaszcza po deszczach i śniegach, które padały przez ostatnie półtora tygodnia. Dalej znajduje się tylko las z niewielkimi bagniskami i przecinkami, z których zwożone jest drewno. Na razie jednak naszym celem był niewielki zbiornik wodny za lasem.

W środku lasu było nie tylko bardzo duszno i ciepło, ale również dość grząsko. Piesko miał o wiele łatwiej niż my – choć ubranie butów, w których zwykle chodzimy w górach, okazało się dobrym rozwiązaniem. Mały Biały jest na tyle lekki, że nie zapadał się mocno w błocie. I choć nam zdawało się, że już ta ścieżka jest dość grząska, to jednak wyzwanie dopiero przed nami stało…

W trakcie pierwszych kilometrów okazało się, że Mały Biały był coraz mniej biały. Szczęśliwie, przy jego sierści  – dość sztywnej i odpornej na zabrudzenia – kilka chwil na słońcu pozwoliło szybko pozbyć się większości błota. Pomijając to, które wylądowało  na nas podczas otrzepywania…

Tymczasem jednak doszliśmy do celu naszej podróży, czyli niewielkiego stawu – w okresie letnim jest tutaj kąpielisko, teraz jednak wody było dość mało. Niemniej, zupełna pustka dookoła i niezwykła cisza dawały ogromny komfort po całym tygodniu pracy. 

Mały Biały okazał się być jaszczurką, która musi wejść na najwyższe wzniesienie (czyżby kompleks wzrostu) i nieco się tam wygrzać 😉

Co innego jednak przyciągnęło prędko naszą uwagę. Okazało się, że w stawie nie brakuje… żab! Naprawdę, chyba przez całe swoje życie nie widziałam tylu żab, co podczas tej wycieczki – a jako dziecko jeździłam z rodzicami na ryby. Tutaj żab było pełno, niektóre samotne, niektóre… ekhem, mniej samotne. Wszystkie wygrzewały się w ostrym, wiosennym słońcu, chłonąc je chyba z taką samą radością jak my. Trzeba było jednak bardzo uważać na to, jak stawia się nogi – aby nie rozdeptać jakiegoś płaza.

Mały Biały również wykazał zainteresowanie dziwnymi stworzeniami, które siedziały jedno na drugim. Jego zainteresowanie jednak ograniczyło się do podejrzliwego powąchania i obserwowania.

Następnie był czas na postój. Zrobiliśmy póki co niewiele, bo lekko ponad 3 kilometry – trasa okazała się zaskakująco szybka. W związku z tym posililiśmy się i napoiliśmy siebie oraz psa, a potem przemyśleliśmy, gdzie iść dalej. Piesko rzecz jasna domagał się uwagi w związku ze smakowitymi kąskami czekającymi w mojej saszetce. Za kilka sztuczek dostał małe co nieco 🙂

W drodze powrotnej – choć trudno nazwać ją powrotną, bo najpierw szliśmy w zupełnie innym kierunku – musiało być rzecz jasna pamiątkowe zdjęcie na naszej ulubionej kładce. Tę samą kładkę znajdziecie na focie z pobytu Rejwen i Zu.

Ścieżka w lesie na początku była bardzo zachęcająco sucha. Mały Biały szedł sobie boczkiem po trawie, głównie dlatego, że prawdopodobnie wyczuwał dziki – ślady ich niedawnej bytności widzieliśmy w kilku różnych miejscach.

Następnie udało nam się wejść na najwyższy punkt w okolicy, skąd widać było w oddali miasto, a także niższe tereny łąk i lasów. Tutaj było bardzo ciepło i bardzo sucho – nawet nasze buty miały w końcu okazję wyschnąć. Po pojeniu spragnionego wody pieska postanowiliśmy trochę się zabawić w szukanie człowieków – bardzo dobrze wpływa to na jakość naszego przywołania oraz pilnowanie się Małego Białego w różnych nowych miejscach.

Dalej skręciliśmy w niższe tereny lasu, i tutaj zaczęły się schody, a raczej – bagna. W sumie trudno mi powiedzieć, co konkretnie to było, ale wyglądało na połączenie niewielkich bagien z błotem. Niemniej, potrafiło dość dobrze zassać but bądź psią łapę, więc dalszy spacer przebiegał w nieco wolniejszym tempie.

Na drodze spotkaliśmy m.in. pana leśnika, który na widok psa zaczął nas obserwować, ale zajął się swoją robotą, gdy zobaczył, że pies jest na lince. Patrzył na nas jednak z lekkim niedowierzaniem, chyba zastanawiając się, kto jest na tyle szalony, aby dalej iść tą ścieżką. W sumie trochę mu się nie dziwię – spójrzcie niżej, jak wyglądała nasza droga przez ładne półtora kilometra…

Zasadniczo piesko był bardzo zadowolony z podróży, ale niestety, po bliskim spotkaniu z błotem i zassaniu się w nim trzeba było go w kilku miejscach przenieść. Co więcej, wyglądał, jakby spędził w tym lesie przynajmniej tydzień – w domu czekała na niego kąpiel, bo nie całe to błotne SPA z niego odpadło.

I tak, po ok. 10 kilometrach, znów wróciliśmy w znajome tereny. Zdecydowanie ten obszar będziemy eksplorować przy wielu okazjach, bo ścieżek jest tam co niemiara, a poruszanie się z GPS-em bardzo ułatwia sprawę. A tutaj macie widok na wyjście z lasu – w oddali widać miasto.

A Wy, jak spędziliście ten sobotni dzień?