Może, bo jest…

…i tutaj wpiszcie sobie jakąkolwiek rasę. Spotkaliście się z czymś takim? Właściciele, którzy uważają, że ich pies coś może, bo jest jamninkiem/jack russellem/labradorem/owczarkiem/beaglem i tak dalej. Niestety, jak miałam okazję zauważyć – jest to plaga. Zwłaszcza, że takie założenie może być katastrofalne w skutkach, jeżeli pies stanowi zagrożenie dla otoczenia.

Ciekawe jest same pochodzenie problemu. Otóż wydaje się, że niektórzy właściciele nie uważają swoich czworonogów najpierw za psy, a potem za przedstawicieli konkretnych ras, jak wymagałby rozsądek, ale odwrotnie: najpierw za przedstawicieli ras, a potem za psy. Wraz z przynależnością od rasy pies zdaje się nabywać niesłychanych praw, a ubywa mu nieco obowiązków – a właściwie, ubywa właścicielowi. Pisałam kilkukrotnie o tym, że właściciele są niepoważni i nie potrafią przypilnować swojego psa – teraz przyjrzymy się temu pod kątem ras oraz ogólnych grup psów. Ostrzegam – będę generalizować, ale każdy normalny człowiek wie, że mowa jedynie o tej części właścicieli, którzy wymienionych rzeczy się dopuszczają. A jak ktoś się oburzy, to cóż – uderz w stół…

I tak, labradory mogą biegać luzem i robić, co chcą, nie będąc wychowanymi, bo to labradory. I kochają dzieci – to nic, że skacząc na dwulatka, który ledwo trzyma się na nogach, mogą zrobić mu poważną krzywdę. Kochają i już! Kochają też wszystkie pieski, bo labrador to jest bardzo łagodna psina. To nic, że próbują zapolować na przechodzącego obok psa. To nic, że przepisy wyraźnie mówią, że pies musi być na smyczy, podczas gdy kilkadziesiąt metrów dalej można go już legalnie spuścić. Zdawać by się mogło, że labrador na smyczy cierpi niewyobrażalne katusze i nie można go na nie skazywać, bo… to labrador! Dlatego też właściciele labradorów zdają się uważać swoje czworonogi za doskonałe i nie potrzebujące zupełnie wychowania, co niestety przekłada się na fakt, że podbiegają one choćby do innych psów. No, ale w końcu „on nic nie zrobi!”.

 

Podobną prawidłowość zauważyłam w przypadku border collie. Na ostatniej wystawie biegały luzem – mimo, że jest obowiązek, aby były na smyczy – z czego część biegała, bo uciekała przed właścicielami do innych piesków. Na przykład takich, jak choćby CAO, które raczej niekoniecznie będą chciały nawiązać bliższą przyjaźń. Pańciostwo rzucali borderkom frisbee i piłeczki na skrawku wolnego terenu, który był do dyspozycji wszystkich i z oczywistego powodu nie mógł być przez wszystkich wykorzystywany. Psy czasami pluły się do siebie o zabawki, czasami w ogóle je olewały, aby zawierać nowe przyjaźnie. Wbiegały na ringi, gdzie odbywała się ocena. Właściciele zaś z dumą rozglądali się, czy wszyscy widzą, jakie mają mądre pieski.

 

Przejdźmy teraz dalej – do szczekania i wściekłych ataków. Tutaj w moich prywatnych statystykach przodują owczarki niemieckie i wszystkie wariacje na ich temat, mniej albo bardziej udane. Polega to mniej więcej na tym, że właściciel idzie z psem na smyczy (pies z rzadka jest w kagańcu), a na widok innego psa… łapie się drzewa, barierki czy słupa, bo chyba stwierdza, że nie zdoła utrzymać swojego brytana. W innym przypadku po prostu się zapiera i ciągnie szamocącego się na smyczy i ujadającego z pianą na mordzie psa. Pamiętam ze dwa przypadki, kiedy znajomi ze swoimi psami zostali zbluzgani przez właścicieli owczarków, że w ogóle raczą tędy chodzić i idą w normalnym tempie, a nie biegusiem! Drodzy właściciele takich psów, ogłaszam wszech i wobec: wasz pies jest waszym problemem! Niczyim innym!

 

Podobne sytuacje spotykają mnie również w przypadku… terierów. Różnorakich: głównie tych małych, czyli westów, yorków i jacków. Tutaj tłumaczenie jest nieco inne – właściciele są dumni, że ich malutkie psy dają taki popis i są takie dzielne! Różnica również polega na używalności smyczy – wraz z obniżającym się wzrostem ujadacza zmniejsza się również możliwość tego, że będzie na smyczy. I pół biedy dla atakowanych, jeśli mają większego psa.

 

A Wy, jakie macie obserwacje w tym temacie?
  • Joanna Bomba

    Kilka lat temu była taka moda na husky i malamuty. Pomijam fakt trzymania takiego na 20 m2 z dwoma spacerami siku/kupa dziennie, ile tego w schroniskach siedzi. Serce się kraje.

    • Szczerze mówiąc – znam więcej nieszczęśliwych północniaków mieszkających w domach z ogrodami, bo wielu wydaje się, że to wystarczy. Dla mnie metraż mieszkania nie ma znaczenia (poza rzecz jasna sytuacją, że pies się fizycznie nie mieści :p), bo mieszkanie w moim mniemaniu jest od odpoczywania. Dlatego pies w domu po prostu śpi 😉

      • aamidale

        Masz rację, ja chciałam podkreślić mało miejsca do ruchu 🙂 Pewnie że nie ma znaczenia, ja też w pałacach nie mieszkam a pies ma jeszcze białą kocią towarzyszkę. Wystarczy im miejsca do wysyłania sobie nawzajem pogardliwych spojrzeń i omijania szerokim łukiem 🙂