Jak się nie da, jak się da?

No, da się. Jak słyszę, że jacka nie da się oduczyć jazgotania, podbiegania albo nauczyć posłuszeństwa, to mi się w trzewiach coś przewraca. A raczej mam wrażenie, że to ludziom się w tyłkach poprzewracało: oddawać psa przez własną nieudolność. Albo karać go za coś, czego nie robi, bo nie umie. To trochę jak kazać dziecku 2letniemu sikać do nocnika i zlać je za to, że nie potrafi – a to przecież nasza wina, że dziecko do nocnika nie jest nauczone sikać, nie? Wszak nie budzi się taki dzieciak z myślą „Och, co za piękny dzień, może pójdę poszukam nocnika w domu i dla zabawy w niego nasikam? To już najwyższy czas, tak myślę!”, tylko po prostu sika tam, gdzie sikał dotąd – bo rodzice nie pokazali, że da się inaczej. Tak samo jack nie budzi się z myślą „Och, może byłbym dziś posłuszny i nauczył się paru komend z podręcznika?”, tylko robi to, co mu odpowiada, a czasem też to, co pokazał mu właściciel – ale w dużej liczbie przypadków tylko czasem.

Dlaczego? Bo samo pokazanie to też takie nic. Przypomniała mi się historia pewnego chłopaka, który opisywał, jak uczył swojego psa sikania na dworze – stawał z nim koło drzewa i sikał na drzewo. Zazwyczaj pies patrzył na niego jak na idiotę i szedł sobie wąchać smrody, no bo cóż to – sikający człowiek? Za to wystarczył jeden znajomy pies, który przyjechał z właścicielem w odwiedziny, i kilka spacerów: pies świetnie załapał, dlaczego sikanie na dworze jest fajniejsze i że trzeba to robić, bo szanujący się pies nie sika w domu. Oznacza to oczywiście, że pies lepiej uczy się od psa, dlatego… NIGDY nie bierzcie drugiego psa, zwłaszcza o „trudnym” charakterze, gdy pierwszy jest niewychowany. Bo psy uczą się od siebie szybko dobrego, ale jeszcze szybciej złego 😉

Wracając do pokazywania – nie wystarczy jackowi pokazać, że np. nie szczekanie jest fajne. No bo co – pies nie szczeka, a Ty go nagradzasz. Trochę to nie trzyma się kupy, bo pies dostaje jedynie sygnał, że pańcia daje smaki i coś jej się popieprzyło w główce – wszak nic nie robię? A jak będzie jednym z tych, które chcą zawładnąć światem, to będzie potem stał przed pańcią i czekał na smaka – „no, przecież stoję, wszystko jest tak samo, dawaj, podły człowieku!” Nie tylko więc trzeba trafić w odpowiedni moment z nagrodą, ale też ją umiejętnie przekazać – tak, żeby pies poczuł ekscytację w związku z tym, co zrobił (bądź czego nie zrobił). Trochę jak w kawale: dyplomata to ktoś, kto potrafi powiedzieć „spadaj” w taki sposób, że poczujesz podniecenie w związku ze zbliżającą się podróżą. Parafrazując: właściciel jacka to ktoś, kto potrafi tak wydać komendę i ją uwarunkować, że pies poczuje podniecenie w związku ze zrobieniem czegoś, co dotychczas zupełnie mu się nie opłacało.

 

Wychodzi więc na to, że aby przekonać jacka do zrobienia czegoś, to trzeba mu to najpierw uwarunkować, pokazać i wyjawić dlaczego wykonanie tej, a nie innej czynności będzie takie super zajebiste, zamiast zrobienia czegoś, co lubi. W sumie, jak na to patrzę i to czytam, to nie dziwię się, dlaczego większość ludzi woli powiedzieć „bo on tak ma/bo to taka rasa” – w końcu trzeba coś zrobić, napracować się, a nie tylko mieć psa, nie?

 

Pokażę to na naszym przykładzie: młody kocha pieski. Wszystkie pieski, nawet te z garniturem zębów na wierzchu, przed każdymi pokazuje brzuch (wolę nie myśleć, że sugeruje, iż woli stracić życie niż nadal mieszkać z nami). Ja natomiast również kocham pieski, ale nie wyobrażam sobie mieć małego podbiegacza z różnych względów. Takich, jak na przykład to, że mnie wkurza fakt, iż inny pies podbiega do mnie i mojego psa, więc sama swojego wychowuję tak, jak chciałabym, aby każdy pies był wychowany; albo dlatego, że nie zawsze są warunki, aby psy się przywitały, nie zawsze pies czy właściciel są przyjaźnie nastawieni; albo po prostu dlatego, że to jest chamskie i nie wypada. No, ale dla młodego podbieganie to jest coś super atrakcyjnego, na dodatek samonagradzającego się – no bo podbiegnie, uzyska cel, no i jest super, podniecenie sięga zenitu. Jednocześnie, młody uwielbia również piszczącego pyszczka, taką piłkę, z której nie jest w stanie wyciągnąć piszczałki i która robi się okrutnie obślizgła, gdy ją ponosi w pysku, bleh. Miłość do piłki przewyższa wszelkie inne miłości. Z tego też powodu, jako że zwykłe argumenty nie działały, piesek zaczął dostawać tę super piłkę wyłącznie wówczas, gdy na horyzoncie pojawiał się pies i wyłącznie wówczas, gdy grzecznie siedział na białym tyłku, wpatrując się we mnie. Efekt: młody jak tylko widzi psa, to biegnie do mnie, siada i oczekuje na piłkę.

 

Więc jak się nie da, jak się da?