Jak pies uczy pokory

Gdy bierzemy psa, zwykle mamy bardzo dużo planów – także tych związanych z wychowaniem naszego czworonoga i pewnymi zasadami, których będziemy przestrzegać. Psy natomiast bardzo łatwo i skutecznie uczą nas wraz z każdym dniem, gdzie możemy wsadzić sobie nasze plany i co one na ten temat myślą…
Teoria sobie, praktyka sobie
 
W teorii każdy jest bardzo mądry i chętnie używa stwierdzeń „zawsze”, „nigdy”, „na pewno”, „bez wątpienia”
i takich tam, świadczących o posiadaniu wiedzy najwięcej, acz tajemnej dla reszty nędzników z tego świata. Ludzie tacy nierzadko mają własne psy, które jednak nigdy nie sprawiały tych problemów, o których ich właściciele w danej chwili mówią. Przykładowo: osoby mające od małego szczylka psa nastawionego na człowieka, którzy wypowiadają się o pracy psów samodzielnych, np. północniaków czy terierów. Ale i odwrotnie: właściciele psów samodzielnych i zlewających człowieka uważają pracę z owczarkiem za betkę. Tymczasem dopiero po jakimś czasie przychodzi refleksja, że nie każdy terier to samodzielny i mający gdzieś człowieka pies, a czasami po prostu zwierzę, które trzeba mocno do siebie przekonać i zupełnie inaczej pracować, niż np. z różnej maści owczarkami. Te też niekoniecznie są najprostszymi psami świata, zwłaszcza że nawet w obrębie jednej rasy psy mają różne usposobienie. Do takich wniosków jednak trzeba dorosnąć. Nie należy również mylić ich z pewną dozą rozsądku: ktoś, kto wcale nie ćwiczy z terierem i uważa, że „on tak ma”, z pewnością nie wie tego na pewno w sposób obiektywny, a po prostu tak jest mu zwyczajnie wygodniej.
Pozytywy, negatywy
 
Przez długi czas miałam problem z przywołaniem u mojego psa. Nie działało kompletnie nic i od wielu osób słyszałam, że to wszystko dlatego, że pies nigdy nie biegał luzem (co skądinąd również nie jest prawdą), że na pewno puszczony z innym psem by nie odbiegł (bzdura), że pomoże tylko obroża elektryczna (wiele osób zapominało dopowiedzieć, że może również bardzo zaszkodzić) albo że odwrotnie: trzeba wzmacniać pozytywnie i w końcu załapie. Mijały miesiące i przeżywaliśmy sinusoidę: raz Mały Biały idealnie przybiegał, odrywając się od każdej czynności, innym razem miał „gorszy dzień” i nie reagował prawie wcale, niezależnie od tego, jak bardzo zachęcałam, cmokałam, piszczałam piłką. W końcu jakiś czas temu zdenerwowałam się jego brakiem powrotu przy zawąchaniu i po prostu po niego poszłam, a potem mało pozytywnie go przytargałam i… pochwaliłam. Efekt? Nie tylko zaczął się oglądać na mnie co jakiś czas, ale też „meldował się” sprawdzając, czy przypadkiem go nie wołałam. Na zawołanie reagował natychmiast, nawet gdy wąchał akurat siuśki suki w cieczce (sądząc po jego zachowaniu oraz tym, co wyprawiały inne psy). Jednocześnie jestem pewna, że gdybym zrobiła to samo na początku naszego wspólnego życia, to straciłabym jakikolwiek kontakt z Małym Białym – jemu wówczas człowiek nie był potrzebny absolutnie do niczego.
Chciałam również całkiem pozytywnie przygotować go do spotkania z kotem, którego wcześniej w życiu nie widział. No cóż, teoria swoje, praktyka swoje – nie było czasu na klikanie i ciumcianie czy stopniowanie kontaktu. Pomógł jak zwykle mix: pozytywy i negatywy. Ta metoda dotarła bardzo szybko i rozjaśniła umysł teriera. Zobaczymy, jak będzie za kilkanaście dni, gdy w grę będą wchodzić kaczki, gęsi, kury, króliki i owce.
Tylko według zasady
 
To kolejny mit wciskany psiarzom – wszystko trzeba robić według pewnej zasady. Mały Biały dał mi bardzo wiele, w tym nauczył mnie, że im bardziej naciskam na jakąś zasadę, tym mniej on ją respektuje, a dokładniej: zupełnie ją olewa. Uczenie aportu było tragedią, gdy robiłam to według zasady: przynieś, to rzucę Ci jeszcze raz. Reakcja psa? „Dobra, pobiegnę, bo lubię gonić piłki, a potem… zabiję piłkę! Rozszarpię! I sobie pobiegnę, bo przynoszenie jest absolutnie głupie”. Nie pomagały piłki na sznurkach, przeciąganie, machanie mu przed nosem – równie dobrze mogłabym tam tańczyć nago, wyjąc do księżyca, a efekt byłby podobny. Czułam się zrezygnowana, gdy przyjaciółka poradziła, żebym dała sobie spokój z zasadami nauki i zrobiła to tak, jak uważam, że młody najlepiej załapie. No to zaczęło się ćwiczenie przynoszenia rzeczy za… żarcie! Tak tak, dokładnie – wiele osób potępia ten sposób, najczęściej są to ludzie, którzy mają owczarki i inne cudeńka uczone przynoszenia od szczenięcia. Bo problemem w naszym przypadku nie był brak popędu łupu – ależ oczywiście, Mały Biały wyrywał za piłką aż się kurzyło! Trudno mu było jednak skojarzyć, że przyniesienie i oddanie piłki jest w jakikolwiek sposób opłacalne. I tak, w domu było okej – na dworze już nie. Więc najpierw rzucamy piłkę, pies biegnie, łapie – i drzemy się, że super, że świetnie i że oddaj – po czym uciekamy. Pies nas goni z piłką w ryju, więc kucamy, pies z radością wpada w naszej ramiona (na początku zwalając nas  z nóg), oddaje piłkę i…dostaje żarcie. Załapał tym razem po dwóch próbach, a potem jedzenie regularnie wycofywaliśmy, dzięki czemu Małe Białe załapało, ze przynoszenie samo w sobie jest fajne. I to by było tyle, jeśli chodzi o zasady uczenia aportu.
Podobnie zresztą zrobił z klatką: wszędzie czytamy, że klatka to najlepiej szczelnie zakryta, że niby nora. Młody w… norze miał norę i domagał się głośno odsłonięcia klatki, ba! Uspokajał się dopiero, gdy była dostawiona do okna.
I weź tu zrozum psa.
  • Kika

    O rany, ale się uśmiałam! Też miałam taaakie plany ;). A teraz ciągle szukam różnych metod, które by podziałały na moją suczkę, która coś ma z teriera albo husky – niezależność. Czy gdzieś pisałaś na temat skupiania uwagi na przewodniku? W domu pięknie pracuje, na dworze jest zupełna porażka. Pies mnie nie widzi, nie słyszy, komendy wykonuje automatycznie. I za Chiny nie wiem już jak ją nauczyć chodzenia na luźnej smyczy. 🙁

    • BialyJack

      Generalnie jeśli pies w domu pracuje ładnie, a na dworze nie, to znaczy, że nie zgeneralizował komendy na tyle, aby móc pracować w większym rozproszeniu. Musicie małymi kroczkami przechodzić na dwór, niekoniecznie od razu całkiem na dworze, ale też podczas wychodzenia itd. W końcu złapiesz moment, który sprawia, że pies się totalnie rozprasza. O skupianiu mam zaplanowane, ale jeszcze nie dodane 🙂 Chodzenie na luźnej smyczy również u nas szwankuje, ale w sumie ja nie mam ciśnienia na to, żeby psa tego nauczyć 😉

  • Ewa

    No i tu widzę, że się historia powtarza, z tym, że Milo nauczył się aportowania w mig, zupełnie jak owczarek, rzut, komenda przynieść, w podskokach przynosił piłeczkę, oddaj, rzut, wszyscy byli w szoku, że taki mały, taki inteligenty, bo to taka rasa i w ogóle, ale z naciskiem na „niestety”, Milo jest bardzo pojętnym uczniem i wystarczy mały błąd w nauce i wszystko idzie nie tą droga, jaką byśmy sobie życzyli. Wystarczyło, że raz ukradł skarpetkę i córka z krzykiem goniła go po całym mieszkaniu, a myły brzdąc miał świetną zabawę, tak mu się spodobało, że jak ma coś w pysku, to nie przynosi, tylko ucieka i teraz uczymy go na nowo aportowania. I oczywiście, znów szybko załapał, że lepsza zabawa jest, jak się przynosi zabawkę i oddaje, żeby móc znów za nią pobiec, ale jest małe „ale” odda, wszystko odda piłeczkę, zabawkę, śmiecie, skarpetki, ale tylko, jak mamy przysmaczki, jak przysmaczki się kończą, to owszem przyniesie, ale zaraz ucieka, żeby go gonić. Tak więc zawsze kieszenie pełne smakołyków i wtedy wszystko jest na tip-top:)