Gryzaki, czyli nie dla psa kiełbasa

Czytając bloga, moglibyście odnieść wrażenie, że małe białe zjada tylko suchą karmę i czasami jakieś lepsze smaczki, typu kawałeczek sera żółtego czy gotowaną marchewkę. Tymczasem jednak nie jest to prawda, ponieważ młody jest dość rozpieszczany pod tym względem (tak, mam tutaj swoje udziały) i dostaje również naturalne gryzaki
Skąd więc tytuł? Ano stąd, że dla wielu osób gryzak czy przysmak to jest coś, co je człowiek, a czego zwykle nie jada pies. Na przykład właśnie ta kiełbasa. I wiele osób nadal uważa, jak nasi dziadkowie czy pradziadkowie, że to właśnie kiełbasa jest fantastycznym psim przysmakiem, i gdy pies ją dostanie, to nie może chcieć czegokolwiek innego. Ja jestem trochę bardziej restrykcyjna w tej kwestii. Nie daję psu większych ilości jakichkolwiek przetworzonych rzeczy, bo po prostu uważam, ze skoro ja nie jem jego karmy, to on nie musi jeść mojego jedzenia – proste, prawda? 🙂 To, co dostaje, to np. kawałek żółtego sera czy parówki, albo suchego chleba – w ramach smaków. Te pierwsze jadł ostatnio z 5 tygodni temu, suchy chleb jada częściej, bo lubi, ale też dostaje kawałek wielkości paznokcia. Częściej dostaje rozmaite mięsa: ostatnio z ryby, wcześniej z kaczki, niekiedy też czerwone mięso. Z oczywistych powodów nie jada drobiu. Czasami dodaje również jabłko czy inny owoc. I to tyle z ludzkich rzeczy.
Trudno byłoby mi również powiedzieć, ze dostaje „psie” przysmaki i gryzaki, bo też nie do końca tak jest. Zazwyczaj nie podaję przysmaków z Pedigree czy innych, gotowych produktów, pakowanych i sprzedawanych w marketach – głównie dlatego, że nie uważam, aby czemuś dobremu służyły. Zdarzyło się kilka razy, że mały biały jadł coś takiego, ale to raczej dla względów czysto smakowych. Zazwyczaj, kupując rozmaite psie przysmaki, zwracam uwagę na skład, który widnieje na opakowaniu. Jeżeli coś zawiera mały procent mięsa, barwniki, rozmaite konserwanty czy mięso drobiowe – nie kupuję. Dość to restrykcyjne, ale cóż – każdy daje psu, co uważa za stosowne.
Jednak są rzeczy, które kupuję regularnie. Są to suszone (i niekiedy wędzone) psie gryzaki. Nie zawierają one na opakowaniu składu, ponieważ zazwyczaj składają się jedynie z tego, co widać. Najczęściej kupuję rzeczy wołowe, wieprzowe oraz królicze. Częściej suszone niż wędzone, z oczywistych powodów. Każde zakupy staram się zaplanować tak, aby było więcej elementów nie składających się z kości, niż tych, które są kośćmi. Wynika to z prostej kalkulacji: kości trudniej i dłużej się trawią, mogą wywoływać zaparcia, więc nierozsądnie byłoby je podawać kilka dni po sobie. 
Uważam, że podawanie takich gryzaków akurat jest bardzo wygodne i może przynieść odpowiednie korzyści. Przede wszystkim, to doskonałe zajęcie dla psa – gdy ćwiczyliśmy klatkowanie, mały biały dostawał właśnie gryzaki i siedział z nimi w klatce, dosłownie je pożerając. To, że większość z nich pies musi długo memłać i żuć, sprzyja jego uspokojeniu i wyciszeniu emocji. Druga sprawa: niektóre z nich, takie jak np. żwacze, pozwalają na tworzenie odpowiedniego pH w układzie pokarmowym, które sprzyja zdrowiu psa. Dzięki temu między innymi pies bez obaw może napić się wody ze stawu i nie będzie miał po tym nieprzyjemności żołądkowych 😉 Trzecia sprawa – te same żwacze również zmniejszają psią potrzebę jedzenia rozmaitych śmieci czy odchodów innych zwierząt, swoich czy ludzi – co niestety się zdarza, na szczęście u nas ogromnie rzadko. I kolejna: kostne elementy wymagają gryzienia i memłania, przez co pies czyści sobie zęby z kamienia. Pominę walory smakowe – ja nie próbowałam, ale mały biały wydaje się być zadowolony. Ostrzegam jednak – uwaga na zapachy! Dla psa atrakcyjne, człowieka potrafią zwalić z nóg, stąd zalecam dawanie takich gryzaków przy otwartym oknie 😉 
U nas zamówienie za ok. 35 zł wystarcza praktycznie na cały miesiąc, a to niewielki koszt zadowolenia u małego białego 🙂