Góry z psem: ze Szczawnicy na Dzwonkówkę

Kolejny szlak dla tych, którzy chcą spędzić nieco czasu wędrując po niezbyt wybitnych, a jednocześnie bardzo malowniczych wzniesieniach. Choć trasa jest zdecydowanie krótsza niż większość tych, którymi chodzimy, nie ma co liczyć, że jest łatwa i płaska – niektóre wzniesienia były dość strome i trudne do pokonania przy schodzeniu. Zacznijmy jednak od początku…

O wycieczce

Tym razem wybraliśmy się – już po raz wtóry – do Popradzkiego Parku Krajobrazowego, leżącego w Beskidzie Sądeckim (Nadpopradzkim). W parku tym byliśmy już przy okazji zeszłorocznej wycieczki na Przehybę – tym razem wybraliśmy się nieco na zachód, w ramach wolniejszego dnia odpoczynku, gdy reszta grupy pojechała wspinać się na Rysy. Ogólnie rzecz biorąc na teren Popradzkiego Parku Narodowego psy mogą wchodzić na smyczy. Z samego rana (my wyszliśmy i tak dość późno, bo ok. 8:30) na trasie nie było praktycznie nikogo, jednak ok. 12 można było spotkać już co najmniej kilkanaście osób, w tym dużą grupę nocującą w schronisku.

Na wycieczkę koniecznie trzeba zabrać dobre obuwie – niektóre podejścia są bardzo strome, zwłaszcza gdy idziemy po deszczu. W stronę na Dzwonkówkę trasa praktycznie ciągle biegnie pod górę, raz mniej, raz bardziej stromo – w drugą stronę musimy natomiast podejściami tymi zejść na dół, więc też może to być dość wymagające dla osób niewprawionych w dłuższych wycieczkach. Podstawą jest rzecz jasna dobre obuwie, spora ilość wody oraz najlepiej środek przeciw owadom, zwłaszcza gzom, których nie brak na polanach.

Start: Szczawnica – Zdrój

Teoretycznie cały szlak zaczyna się przy dworcu PKS w Szczawnicy i na pewno stamtąd musicie ruszyć, jeśli dojeżdżacie na miejsce autobusem. Jeśli natomiast macie samochód, możecie podjechać nieco wyżej – za „Halką” skręcanie w lewo i jedziecie w górę, w stronę pijalni wody. Samochód możecie zostawić na płatnym parkingu po lewej, naprzeciwko fontanny po drugiej stronie ulicy – tam będziecie mieli najbliżej. Jeśli pojedziecie na tygodniu i dość rano, to jest szansa, że uda się Wam – tak jak nam – zaparkować na samym placu Dietla.

Po dojściu czy dojechaniu na plac Dietla kierujemy się ciągle w górę – mijamy po prawej pijalnię wody i idziemy w górę ostro pnącą się, brukowaną ulicą między domami. Podziwiać tutaj można zabytkowe, niektóre dość zniszczone zabudowania typowe dla tego regionu. Po kilkunastu minutach, zależnie od tempa marszu, dochodzimy do rozstaju dróg. W górę nadal biegnie ulica, podczas gdy na lewo kieruje nas żółty szlak oznaczony jako prowadzący do Schroniska pod Bereśnikiem oraz na Bryjarkę.

Idziemy ok. 30 minut szlakiem żółtym przez las, wokół góry – przy jej szczycie znajduje się rozstaj dróg prowadzący w jedną stronę do krzyża znajdującego się na Bryjarce, a w drugą – dalej do Bereśnika. Spod krzyża są bardzo ładne widoki, zwłaszcza na Szczawnicę znajdującą się u jej stóp. My udajemy się dalej szlakiem żółtym, aż po ok. godzinie i 20 minutach (według mapy) dochodzimy do schroniska pod Bereśnikiem. Droga wiedzie częściowo po bardzo zarośniętych polach, gdzie mijamy zarówno zamieszkałe domy, jak również te zupełnie opuszczone.

Schronisko pod Bereśnikiem

Pierwszym przystankiem jest schronisko pod Bereśnikiem, zwane również Bacówką pod Bereśnikiem. Po krótkiej rozmowie z przemiłymi gospodarzami dowiedziałam się, że można tutaj bez problemu przenocować z czworonogiem. Schronisko jest nieduże, ale bardzo przyjemne – wewnątrz mieszczą się kwatery oraz jadalnia z kuchnią. Spróbować można bardzo dobrego, domowego jedzenia za cenę typową dla górskich schronisk – my przekąsiliśmy tutaj naleśnika z dżemem truskawkowym domowej roboty, słodką śmietanką oraz czekoladą. Prócz tego schronisko serwuje piwa, ciepłe i mrożone napoje, dania obiadowe. Na miejscu kupić można ciekawe pamiątki, np. obrazki ręcznie malowane na drewnie, odznaki, pocztówki czy ceramikę. Przed schroniskiem jest kilka stołów, w tym w pewnym oddaleniu jeden z zadaszeniem i miejscem na ognisko. Rozciągający się stamtąd widok jest nieziemski.

Po krótkim przystanku w schronisku i miłej pogawędce z pracownikami znów wchodzimy na szlak żółty, kierując się w stronę Dzwonkówki. Tutaj trzeba uważać – według mieszkańców podejście zajmuje ok. 45 minut z jednym, stromym odcinkiem, zaś znak pokazuje dwukrotnie więcej, bo 1:30 godziny. My weszliśmy w godzinę, ale stromych podejść było sporo. Droga wiedzie głównie przez las, który gdzieniegdzie przecinany jest polanami. Po ok. 5-10 minutach od schroniska dochodzimy do szczytu Bereśnik, oznaczonego niewielką tabliczką i w całości zalesionego.

Dzwonkówka i powrót

Następnie, po ok. 50 minutach dochodzimy do rozwidlenia dróg, na którym spotykają się szlak czerwony i żółty. Idziemy przez chwilę połączeniem szlaków, a następnie skręcamy w prawo, aby dotrzeć do bardzo kiepsko oznaczonego szczytu Dzwonkówki. Tutaj niewiele zobaczymy – możemy natomiast zejść nieco na dół na otwartą polanę z niezłym widokiem.

Z Dzwonkówki szlakiem żółtym, kierując się dalej prosto, możemy dotrzeć aż do Łącka. Szlakiem czerwonym, idąc na wschód, dochodzimy do schroniska na Przehybie, o którym już było na blogu, a mijając je – dochodzimy na Radziejową. Idąc szlakiem czerwonym w lewo wylądujemy ostatecznie w Krościenku nad Dunajcem. Jak widać, dojść można również w Himalaje 🙂

Zejście z Dzwonkówki kontynuujemy przez Bereśnik, znów opcjonalnie robiąc sobie przystanek w schronisku. Podczas zejścia należy uważać na śliskie kamienie i dość piaszczyste podłoże. W sumie cała wycieczka w obie strony ciągnęła się przez 13 kilometrów i trwała niecałe 4 godziny, nie licząc postojów w schronisku, których odmówić sobie i psu zwyczajnie nie mogliśmy 🙂

Ciekawostki

Dla wielbicieli dłuższych tras – kierując się z Dzwonkówki na Halę Przehyba możemy, po dotarciu do niej, zejść niebieskim szlakiem w dół, przez Sewerynówkę, aż do Szczawnicy-Zdroju. Jest to jednak trasa dla osób dobrze przygotowanych, bo trwa w sumie ponad 8 godzin, dlatego warto wybrać się na nią jak najwcześniej rano. Dodam, że czerwony szlak przechodzących przez Dzwonkówkę to Główny Szlak Beskidzki im. Kazimierza Sosnowskiego, liczący prawie 500 kilometrów.

Nazwa Dzwonkówki wzięła się z faktu, że niegdyś na zboczach tego wzgórza wypasano owce, które hałasowały swoimi dzwonkami. Dla fanów lokalnego folkloru warty uwagi będzie zwyczaj, który stosowano na zboczach podszczytowych Dzwonkówki – w terenie zwanym „Wisielcami” chowano samobójców, nie stawiając im jednak mogił, a jedynie układając trzy kamienie, które zaznaczały miejsce pochówku.

Bacówka pod Bereśnikiem ma swoją własną stronę, na której dowiecie się o niej więcej. Budynek został wzniesiony z inicjatywy Edwarda Moskały w 1989 roku i oferuje – choć nie widać tego po jego bryle – aż 40 miejsc noclegowych. Na miejscu panuje iście rodzinna atmosfera. Ja osobiście kupiłam tam przepiękny malunek na drewnie – co prawda z kotami, co wynika z faktu, że gospodyni bacówki jest ich wielbicielką – ale jednak przeuroczy. Widok spod bacówki bardzo umila chwile spędzone przy posiłku.

Na szlaku znajduje się kierunkowskaz na karczmę o nazwie „Czarda” oraz wodospad Zaskalnik. Niech Was to jednak nie zmyli – do wodospadu, słabo oznaczonego na ogólnej mapie Beskidu Sądeckiego, trzeba iść ponad pół godziny w dół, a potem wrócić w górę bądź skierować się niebieskim szlakiem do Szczawnicy. O wiele łatwiej jest do niego dotrzeć, jadąc samochodem do Sewerynówki – tam wodospad jest w „zasięgu nóg”.