Czasem sobie marzę…

…że Mały Biały jest duży. I najlepiej szatańsko czarny, a gdyby miał jasne oczy, to byłby idealny. W końcu nie musiałabym się zastanawiać, czy ta przemiła starsza pani z kokiem i poplątaną kulką sierści z zębami, idąca z naprzeciwka, postanowi użyć głowy i smyczy do utrzymania swojego psa, czy może wręcz przeciwnie.

Nie musiałabym wówczas mieć oczu dookoła głowy na porannym spacerze, który i tak wymaga ode mnie szerszego otwarcia owych i obudzenia się, niezależnie, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Mogłabym po prostu iść z mądrym psem na smyczy, ten pies robiłby wszystko to, co ten dotychczasowy podczas spaceru alejkami. Nawet gdyby skręcił w złą stronę na skrzyżowaniu, wystarczyłoby po prostu słowo „Tędy!” i ścieżka byłaby naprostowana – bez zerkania zza rogu, czy przypadkiem kolejny właściciel bez powołania, za to z psem, nie zdecydował się na wybór tej samej drogi.

Na spacer mogłabym nie zabierać tym razem żadnego telefonu – nie obawiałabym się, że coś się stanie w trakcie porannego chodzenia. Mogłabym mieć ten czas tylko dla siebie i psa, dając sobie chwilę na przebudzenie się przy śpiewie ptaków. Nie musiałabym brać kurtki czy torebki, która pomieściłaby mój telefon w gustownej, fioletowej obudowie, tylko wzięłabym garść smaczków (dla dużego psa – większą, może męża) w kieszeń i poszła sobie na spacerek. Tymczasem, nie uwierzylibyście, ile może się stać podczas zwykłego, krótkiego, porannego spaceru.

DSCN9964 - Kopia (2)-2

Nie ma się co oszukiwać – rano na tygodniu chodzimy sobie bardziej i mniej utartymi ścieżkami między drzewami a blokami i zbieramy siły na spanie (to pies) oraz pracę (to ja). I spotykamy wiele innych psów, na przykład śmiesznego pinczera miniaturowego (nie ratlerka!), który prawie zawsze podskakuje jak sarenka, bo trawa nie jest skoszona, żeby zobaczyć, czy to faktycznie Mały Biały idzie. I zwykle widzi go, bo Mały Biały postanawia wspiąć się na dwie łapy, pospołu ze skaczącymi uszami. Zwykle takie spotkania kończą się na obwąchaniu i utracie zainteresowania, co sprawia, że nasze spacery są urozmaicone, aczkolwiek nie przesadnie narzucające się.

Niestety, są i takie sytuacje, które nie pozwalają cieszyć się wspólną aktywnością oraz powodują, że w myślach dodaję Małemu Białemu wielkości i koloru. Ostatnio najczęściej powoduje je starsza pani z małą, biało-czarną, kudłatą suczką, do której gada jak do małego dziecka. I suczka zachowuje się jak rozdarte, rozzuchwalone małe dziecko – zazwyczaj jest luzem, więc zatrzymuje się na chwilę, po czym przypuszcza atak na Małego Białego. Czasem nawet Mały Biały jej nie widzi, przez co ja muszę ją widzieć zawsze, żeby w odpowiedniej chwili ocalić jego mały, biały tyłek.

Ostatnio jednak pani przeszła samą siebie. Suczka na smyczy automatycznej, która najwyraźniej nie była zaopatrzona w magiczny przycisk do blokowania linki, bo pani zaczęła łapać smycz rękami, co niewiele dało – wie to ten, kto kiedykolwiek próbował złapać szybko rozwijającą się smycz. Suczka nas ujrzała, po czym przypuściła atak, który nie udał się jedynie dlatego, że stanęłam rycersko przed Małym Białym, posyłając w stronę suki negatywne wibracje i parę równie negatywnych zwrotów. Pani zareagowała nie inaczej, niż oczekiwałam – „Ojej, no co ty robisz, nie wolno!” – i posłała mi pełen radości uśmiech. Niestety, ja nie lubię ataków na mojego psa, a zwłaszcza nie lubię ich, gdy pogoda jest piękna i przeszkadzają mi one w kontemplacji piękna przyrody i śpiewu ptaków, dlatego też wysłałam werbalne – tym razem kulturalne – ostrzeżenie w kierunku właścicielki. I zakładam, że dość nieuprzejmą była moja satysfakcja, gdy za plecami usłyszałam „Nie wolno tak robić!”, a potem „Wrrraaaauuuuu i <kłap>”. Reakcja pani niezapomniana – „Na mnie warczysz?! Na mamusię?!”. Szkoda psa.

I choć kocham mojego Małego Białego, to jednak w takich sytuacjach zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby, gdyby ważył z 50 kg i był czarnym bydlęciem z opętaniem w oczach. Może to spowodowałoby, że ludzie braliby go na poważnie, bojąc się, że przegryzie wpół ich pieseczki? Postura Małego Białego wywołuje co najwyżej uśmiech i zachwyt, a także przekonanie, że jest szczeniaczkiem – co usilnie stara się udowadniać. Może gdybym szła z dużym psem, to pani zabrałaby z lękiem swoją szczerzącą się i rzucającą na smyczy suczkę, mrucząc do niej „Uważaj niunia, bo on to ciebie zje!”, a ja ze złośliwą satysfakcją mogłabym odpowiedzieć, że „Byle czego nie jada” albo „Na śniadanie za mała”. A jedyne, co mogę teraz, to werbalnie wyrazić swój brak zachwytu takim spotkaniem, a jednocześnie pochwalić Małego Białego, który konfliktu unika i stara się pojednawczo merdać, zerkając na mnie z niemym pytaniem w oczach „Ale o co chodzi?”.

No, to mi się ulało. Miłego dnia bez niechcianych spotkań!